|
SAMOOBRONA I NOWY RZĄD
Warszawa, 2001
Z
zarysowanych tu w wielkim skrócie założeń...quot;nowej drogi"
wynika nasz praktyczny stosunek do obecnego rządu, stworzonego przez
Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unię Pracy i Polskie Stronnictwo Ludowe.
Nie
jest prawdą rozsiewana swego czasu pogłoska, że...quot;Samoobrona"
otrzymała zaproszenie do tego rządu. To my zadeklarowaliśmy, że jesteśmy
gotowi dopomóc temu rządowi i wziąć razem z nim odpowiedzialność za
kraj i wyprowadzenie go z obecnego kryzysu. Odbyliśmy w tej sprawie
rozmowy z koalicjantami i o ile rozmowy z SLD były rozmowami rzeczowymi,
dotyczącymi konkretnych problemów Polski, o tyle do dzisiaj dziwi
mnie przebieg naszej rozmowy z PSL. Ze strony PSL i prezesa Kalinowskiego
nie było bowiem żadnego odzewu na naszą propozycję wspólnego wejścia
do rządu. Gospodarzem spotkania, które odbyło się w Sejmie, było PSL;
wypiliśmy kawę, patrzyliśmy sobie w oczy, prezes Kali-nowski powtarzał,
że...quot;wiemy, o co chodzi", po czym podziękował za spotkanie
i tak się rozeszliśmy bez żadnych konkretów.
Być
może powodem tego dziwnego zachowania było podejrzenie, że...quot;Samoobrona",
jak to określano,...quot;wpycha PSL do rządu". My jednak powtarzaliśmy,
że skoro PSL, jak samo utrzymuje, ma doświadczenie w rządzeniu, uczestniczyło
w koalicji rządowej z SLD w latach 1993-1997, to powinno teraz to
swoje doświadczenie wykorzystać. Nam z PSL-em nie we wszystkim jest
po drodze, ale mówiliśmy im, że skoro umiecie rządzić, to nie będziemy
wam przeszkadzać i nawet poprzemy was w tym, co uważamy za słuszne.
Zarówno
w rozmowach z SLD, jak i z PSL podkreślaliśmy, że jeśli oba te ugrupowania
zamierzają realizować ten program, z którym występowały w wyborach,
to my gotowi jesteśmy ten program poprzeć nie zabiegając dla nas samych
o władzę ani stanowiska. Chcemy tylko, aby ludzie naprawdę poczuli
rzeczywiste, korzystne zmiany.
Konkretną,
podstawową zmianą, której spodziewamy się po tym rządzie, jest postawienie
na gospodarkę i na rozwój, przede wszystkim zaś na budownictwo i rolnictwo.
Uważamy, że obecna...quot;dziura budżetowa" nie tylko nie jest
w tym przeszkodą nie do pokonania, ale, co więcej, jeśli nie przyjmiemy
kierunku na rozwój i wzrost zatrudnienia, lecz tylko na obcinanie
budżetu i wydatków, to nasza...quot;dziura budżetowa" będzie coraz
większa.
Aby
uruchomić ten kierunek zmian, powinniśmy skorzystać z doświadczeń
państw zachodnich i uruchomić naszą rezerwę budżetową.
Obecnie
rezerwa budżetowa Polski wynosi 28 miliardów dolarów. Oczywiście lwia
jej część musi pozostać nienaruszona jako zabezpieczenie naszego deficytu
w handlu zagranicznym, natomiast nie należy traktować rezerwy budżetowej
także jako zabezpieczenia naszego zadłużenia zagranicznego. Jeśli
bowiem zabezpieczeniem naszego długu zagranicznego ma być nie tylko
majątek narodowy i zawarte umowy, ale w dodatku jeszcze żywa gotówka
w bankach, to należałoby się zastanowić, po co nam w ogóle zaciąganie
jakichkolwiek kredytów.
Dług
zagraniczny powinien być spłacany, a jego zabezpieczeniem jest, jak
powiedziałem, majątek narodowy. Natomiast część naszej rezerwy budżetowej
w skali, powiedzmy, 5 miliardów dolarów - co trzeba by oczywiście
konkretnie oszacować w zależności od aktualnej sytuacji - powinna
być wykorzystana w celach inwestycyjnych i rozwojowych. Nie można
oczywiście dopuścić do tego, aby chociaż część tej sumy wykorzystana
została na jakiekolwiek rozdawnictwo, także socjalne, natomiast powinna
być ona wykorzystana w całości w celach inwestycyjnych.
Powinny
być to inwestycje rentowne, a przede wszystkim tworzące miejsca pracy.
Tylko przy nastawieniu inwestycyjnym można liczyć na to, że firmy
będą wpłacać podatek do skarbu państwa, państwo zaś dokona oszczędności,
pozbywając się ogromnych wydatków, jakie ponosi obecnie płacąc - zgodnie
z przepisami - podatek ZUS od każdego bezrobotnego. Ożywienie budownictwa
i rolnictwa pociągnie za sobą automatycznie ożywienie także w innych
branżach, wiadomo bowiem, że budownictwo należy do tych gałęzi, które
wymagają współpracy największej ilości przemysłów. I w ten jedynie
sposób, stopniowo, możemy wyjść z obecnej zapaści.
Państwo musi przerwać zamknięty cykl niemożności, którego...quot;dziura
budżetowa" jest jedynie jaskrawym, ale i nieuchronnym przejawem.
Jestem zdecydowanym zwolennikiem interwencjonizmu państwowego w gospodarkę,
uważam, że na państwie spoczywa obowiązek ożywiania gospodarki przez
zdecydowaną działalność inwestycyjną i sprzyjanie inwestycjom, podejmowanym
przez inne podmioty. Państwo musi bardzo ściśle kontrolować wykorzystanie
środków kredytowych, pochodzących ze skarbu, powinno jednak także
kontrolować przebieg innych procesów kredytowania tak, aby służyły
one inwestycjom i rozwojowi. Mamy jeszcze w Polsce trzy banki, które
są bankami polskimi, mamy także sieć banków spółdzielczych, które
są w stanie zapewnić obsługę udzielanych kredytów. Nie można też wykluczyć
współpracy banków komercyjnych o kapitale zagranicznym, jeśli tylko
zechcą one przyjąć ustalone przez nas zasady.
W
tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na fakt, o którym rzadko i bardzo
niechętnie się u nas mówi, a który przecież powinien zainteresować
opinię publiczną. Otóż warto pamiętać, że sprzedając - czy też raczej
przekazując, bo było to raczej przekazanie niż realna sprzedaż - zagranicznym
bankom i systemom finansowym blisko 80% naszego systemu bankowego,
przekazaliśmy go razem ze złożonymi w tych bankach wkładami pieniężnymi,
należącymi do naszych obywateli. Jest to kolosalna kwota, którą niektórzy
finansiści oceniaj ą na nie mniej niż 65 miliardów dolarów. Otóż kwota
ta dostała się w ręce zagranicznych właścicieli naszych banków i wykorzystywana
jest raczej w sposób spekulacyjny, niż służący kredytowaniu inwestycji.
Pieniądze te inwestowane są w obligacjach skarbu państwa albo w rozmaitego
rodzaju lokatach, nie służą jednak wspieraniu rozwoju gospodarczego
Polski. Powstaje przy tym system przepływu środków pomiędzy bankami
przypominający żywo system...quot;oscylatora", za który karany
był więzieniem Bogusław Bagsik, podczas gdy banki uprawiają ten proceder
nagminnie, naliczając prowizje i odsetki od spekulacyjnego przepływu
pieniądza pomiędzy instytucjami finansowymi.
Jestem
więc zdecydowanie za zmianą prawa bankowego. Państwo powinno ustalić,
jaki procent kapitału bankowego może być przedmiotem takiego właśnie
przepływu, jaki zaś służyć musi wspieraniu celów inwestycyjnych. Myślę,
że wielkość ta powinna wynosić 50, 60 % kapitału bankowego. Stara
zasada głosi, że bank musi być silny pieniądzem swoich kredytobiorców,
nie zaś siłą kapitału spekulacyjnego, którym obraca.
Kolejnym
posunięciem, dzięki któremu rząd mógłby uzyskać środki na ożywienie
gospodarki, jest zwiększenie wewnętrznego zadłużenia skarbu państwa.
Jest to postulat niepopularny, wielokrotnie u nas krytykowany, jeśli
przyjrzymy się jednak praktyce finansowej krajów zachodnich, to przekonamy
się, że podchodzą one bardzo swobodnie do kwestii wewnętrznego zadłużenia.
Teoretycznie zakłada się tam, że nie powinno ono przekraczać 60 %
wartości produktu krajowego brutto (PKB). Tymczasem nawet kraje takie,
jak Niemcy, wskazywane jako przykład dyscypliny finansowej, przekroczyły
już tę granicę, osiągając dług wewnętrzny około 70 % PKB. A cóż dopiero
mówić o krajach takich, jak Włochy, Belgia czy Francja, których dług
wewnętrzny przekracza nawet 100 % PKB.
Polska
w 2000 roku miała dług wewnętrzny wielkości 40,9 % PKB, co zresztą
jest obliczeniem mylnym, ponieważ nie obejmuje ono zadłużenia państwa
u państwa, czyli długu instytucji państwowych wobec skarbu państwa.
Być może więc nasze prawdziwe zadłużenie wewnętrzne waha się w granicach
50 % naszego PKB, tak czy owak jednak jest ono ciągle niższe niż uznawane
za bezpieczne - choć, jak mówiłem, przekroczone już przez wszystkie
kraje zachodnie - zadłużenie wewnętrzne rzędu 60 % PKB.
Mówiąc
o zwiększeniu zadłużenia wewnętrznego trzeba jednak stanowczo podkreślić,
że żadne z uzyskanych w ten sposób środków nie mogą zostać po prostu
przejedzone, chociaż w pierwszym okresie pewna ich część będzie musiała
być, niestety, skierowana na cele socjalne, aby ulżyć obecnej katastrofie.
Celem jednak uzyskania tych środków jest skierowanie ich na inwestycje
i rozwój, tworzenie miejsc pracy i tworzenie instytucji, płacących
podatki.
Jest
to jedyna logiczna droga wyjścia z kryzysu, w którym się znaleźliśmy.
Polska nie może być wyłącznie krajem sprzedawców, ludzi handlujących
i to obcymi w większości towarami. Jest to perspektywa nie do przyjęcia,
która może nas zaprowadzić do jeszcze głębszego kryzysu i to nie tylko
gospodarczego, ale także społecznego. Stąd może narodzić się tylko
bunt społeczny. Nie namawiam do takiego buntu, staram się mu zapobiegać,
wiem jednak, że przy kontynuacji obecnego kursu gospodarki może się
on stać nieuchronny.
To
właśnie staram się tłumaczyć władzom, ostrzegam je przed tym, ale
nie ukrywam również i tego, że jeśli władza nie zechce skorzystać
z tych przestróg i doprowadzi do buntu społecznego, to stanę na jego
czele.
Zdaję
sobie sprawę, że dookoła obecnego rządu toczy się określona gra, rodzaj
przeciągania liny to na jedną, to na drugą stronę. Jedną z tych stron
jest po prostu kontynuacja dotychczasowej polityki, którą można określić
tu w skrócie jako politykę Balcerowicza realizowaną z takimi lub innymi
poprawkami i korektami. Drugą jest zwrot w stronę polityki prospołecznej
i prorozwojowej.
Otóż
bardzo dobitnie mówię obecnemu rządowi: jeśli panowie zamierzacie
ginąć za Balcerowicza, to ja wam w tym pomogę. I nie wystarczą tu
żadne drobne modyfikacje, na przykład obniżenie stóp procentowych
o dwa procent czy też inne podobne zabiegi kosmetyczne. Dziś przecież
sam profesor Balcerowicz mówi również, że gdyby to od niego zależało,
to już wcześniej doprowadziłby do obniżki stóp procentowych. A więc
przyznaje, że popełniono w tej kwestii błąd.
Nie
traktowałbym jednak tej kwestii tak lekko. Jeśli bowiem Rada Polityki
Pieniężnej rzeczywiście popełniła błąd, do którego się przyznaje,
to gdzie jest kwestia jej odpowiedzialności? To prawda, że człowiek
jest omylny, ale ta pomyłka Rady Polityki Pieniężnej ma przecież dla
ogromnej liczby ludzi katastrofalne skutki. Ilu ludzi płaciło za wyższe
i, jak się dzisiaj przebąkuje, niesłusznie zawyżone kredyty? To są
kolosalne sumy, za które wielu ludzi, zwłaszcza drobnych przedsiębiorców,
zapłaciło bankructwem. Ile też pieniędzy - dolarów i marek - wypłynęło
z Polski na skutek sztucznie podtrzymywanej wysokiej stopy procentowej
wkładów, korzystnej dla spekulacyjnego kapitału?
Mówi
się, że w Radzie Polityki Pieniężnej zasiadają najwybitniejsi fachowcy
i z tego tytułu wypłaca się im tak wysokie uposażenia. Dysponują oni
również gronem doradców, a więc komu jak komu, lecz temu gronu mylić
się nie wolno. A więc wolno też nam postawić pytanie, kiedy i w jaki
sposób członkowie Rady Polityki Pieniężnej zostaną rozliczeni ze swojej
działalności i poniosą odpowiedzialność za jej skutki?
Patrząc
na tę sytuację nie można przemilczać wpływu, jaki na jej powstanie
miał także Pałac Prezydencki. Pan prezydent nie musiał desygnować
profesora Balcerowicza na prezesa Narodowego Banku Polskiego, a więc
i na przewodniczącego Rady Polityki Pieniężnej. Prezydent jest obowiązany
desygnować w konstytucyjnym terminie prezesa NBP, ale w żadnym dokumencie
konstytucyjnym nie ma mowy o tym, że musiał to być profesor Balcero-wicz.
Kancelaria prezydenta liczy kilkuset pracowników i zadziwiające jest
to, że cały ten sztab ludzi nie dokonał żadnej analizy sytuacji finansowej
państwa, zanim prezydent wskazał na swego kandydata. Oddanie finansów
państwa - bo przecież prezes NBP rządzi praktycznie finansami państwa
- w ręce grupy ludzi związanych z polityką Balcerowicza musiało doprowadzić
do określonych skutków, tych właśnie, których cenę płaci obecnie całe
społeczeństwo.
Nie
waham się powiedzieć otwarcie tego, co stopniowo staje się coraz bardziej
wyraźne mimo prób tuszowania i zamazywania. A więc coraz wyraźniej
widać, że pomiędzy rządem Leszka Millera a Pałacem Prezydenckim istnieją
bardzo poważne różnice programowe. Być może premier wykona jakiś ruch,
który pomoże mu ten konflikt ujawnić i wyakcentować, co stać się może
z jego korzyścią, jeśli zwrot, którego dokona, będzie zerwaniem z
polityką Balcerowicza i jego ekipy, dla której prezydent wydaje się
nadmiernie życzliwy.
W
obecnej sytuacji osobę i urząd prezydenta przedstawia się jako urząd,
który nic praktycznie nie może zrobić poza spełnianiem funkcji reprezentacyjnych.
I w tym zakresie prezydent Kwaśniewski, a także jego żona, spełniają
rzeczywiście swoje funkcje w sposób godny, taktowny i nie przynoszący
żadnej ujmy naszemu narodowi, co jest oczywiste nawet bez uciekania
się do porównań z jego poprzednikiem. Ale funkcja prezydenta nie sprowadza
się jedynie do funkcji reprezentacyjnych. Prezydent jest Głową Państwa,
nie jest też żadną demagogią nazywanie go Ojcem Narodu. I wielu ludzi
w Polsce rzeczywiście patrzy na niego jak na ojca, który powinien
także słyszeć płacz swoich dzieci, jeśli rozlega się on gdzieś na
dołach społecznych. Także w wypadku prezydenta nie można zgodzić się
na to, że punkt widzenia wynika z punktu siedzenia.
Prezydent
nie powinien unikać sytuacji konfliktowych, wymagających jego interwencji.
Nie było go jednak w kraju, kiedy swoje apogeum osiągały strajki i
demonstracje pielęgniarek, w sprawie protestów rolników ocknął się
zaś dopiero wówczas, kiedy ich echo obiegło cały świat, i wówczas
zwołał naradę w pałacu. A przecież prezydencki doradca do spraw rolnictwa,
pan Śmietanko, powinien był go dużo wcześniej poinformować o powadze
sytuacji.
Nie
da się zaprzeczyć wysokiej popularności prezydenta Kwaśniewskiego,
jego poparcie społeczne rzadko spada poniżej 70 % ankietowanych. Bierze
się to częściowo z walorów osobistych prezydenta, częściowo zaś z
utwierdzanego przez media przekonania, że prezydent w istocie nie
ma żadnego wpływu na bieg spraw w kraju i żadnej władzy w tym zakresie.
Tymczasem w świetle Konstytucji prezydent nie pełni jedynie funkcji
reprezentacyjnej, lecz jest także władzą wykonawczą. Jego uprawnienia
są ograniczone, ale istotne i może je wykorzystywać. Co do mnie jestem
zwolennikiem silnej władzy prezydenckiej, odpowiada mi pod tym względem
system amerykański i rosyjski, w myśl którego prezydent ma silną władzę
i wysoką odpowiedzialność, rządzi i odpowiada za swoje rządy. U nas
natomiast prezydent nie rządzi, a jego odpowiedzialność jest sprowadzana
do roli reprezentacyjnej, co zbliża nas w praktyce do systemu niemieckiego,
gdzie konstytucja jednak mówi wręcz, że funkcja prezydenta jest reprezentacyjna.
Jeżeli
w naszym systemie konstytucyjnym prezydent jest władzą wykonawczą,
to musi mieć" również instrumenty rządzenia. Nie można ich sprowadzać
na przykład do zwoływania Rady Gabinetowej, a więc narady prezydenta
z członkami rządu, przy czym wyraźny zapis określa, że decyzje Rady
Gabinetowej nie są wiążące dla rządu pod względem wykonawczym.
Oczywiście,
że przy mocnym prezydencie - a Aleksander Kwaśniewski jest mocnym
prezydentem - Rada Gabinetowa mogłaby także odgrywać swoją rolę, pod
warunkiem wszakże, że prezydent korzystałby także z możliwości bezpośredniego
zwracania się do narodu. A więc przedstawiałby narodowi swoje stanowisko
w kwestiach konfliktowych i trudnych, formułując wnioski, za którymi
się opowiada. W takiej sytuacji ani rząd ani parlament nie mogłyby
działać przeciwko prezydentowi, a jego stanowisko musiałoby być respektowane.
Nie ulega kwestii, że naród nosiłby wówczas prezydenta na rękach.
Rola
prezydenta nie może sprowadzać się jednak do poszukiwania równowagi
pomiędzy rozmaitymi siłami politycznymi i różnymi, sprzecznymi ze
sobą wzajemnie programami. Na jakiś jasny program trzeba się zdecydować.
Obawiam
się jednak, że prezydent nie wykorzystuje tych możliwości - oświadcza
jedynie, że...quot;z dwojga złego" woli takie lub inne rozwiązanie.
Tymczasem w obecnej sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, nie można
już wybierać...quot;z dwojga złego", lecz przerwać niekorzystny
bieg spraw publicznych.
Jest
to również jedyna droga dla rządu premiera Mil-lera. Nie może się
on jednak obawiać stanowczych decyzji, nawet gdyby musiały one pociągać
za sobą sytuacje konfliktowe, także z Pałacem Prezydenckim, które
zresztą już obecnie stają się wyraźne dla normalnych ludzi. Tych konfliktów
nie można tuszować, a nawet więcej -im dłużej się je będzie tuszować,
tym gorzej dla rządu. Chodzi tu bowiem o coś znacznie więcej niż tylko
kwestie personalne, na przykład o sprawę nominacji zastępcy prokuratora
generalnego czy ministra sprawiedliwości. Chodzi przede wszystkim
o to, czy rząd będzie w stanie dokonać zmian, na które oczekuje społeczeństwo
i które będą w stanie odsunąć i rozładować narastający kryzys społeczny.
W
naszym projekcie nowej drogi zawarte są wskazania, jak to można zrobić.
Jej krytycy mogą powtarzać, jak czynią to już teraz, że, owszem, wskazania
te są rozsądne, ale mamy związane ręce przede wszystkim przez naszych
zachodnich sojuszników, którzy takiego prospołecznego zwrotu w Polsce
nie chcą i mogą nam na skutek tego zablokować drogę do Unii Europejskiej
i płynących z naszego członkostwa korzyści.
Uważam,
że jest to rozumowanie fałszywe. Trzeba bowiem widzieć to, co się
dzieje na świecie. Ostatnie akty terroryzmu - które nazwać należy
raczej aktami bandytyzmu, ponieważ terroryzm zakładał ofiarę terrorysty
dla osiągnięcia jakiegoś celu, a nie śmierć tysięcy niewinnych ludzi,
jak praktykuje się to obecnie - a więc te bandyckie zamachy zmieniły
sytuację na świecie. Pobudziły Zachód do pewnej refleksji, a również
w sposób całkiem praktyczny zmieniły i będą zmieniać pozycję Brukseli.
Nie
bądźmy bowiem naiwni. Środki, którymi dysponuje Bruksela i Unia Europejska
na pomoc krajom członkowskim, będą ulegały zmniejszeniu. W ciągu pół
roku może się okazać, że środki te będą potrzebne w celu wzmocnienia
NATO, niewykluczone także, że będą one potrzebne na różne formy pomocy
Stanom Zjednoczonym w ich walce z terroryzmem. Ponieważ na pewno nie
można dzisiaj mówić o końcu wojny z terroryzmem, akty terroryzmu czy
też bandytyzmu będą się ponawiać, terroryzm będzie szalał na świecie.
W tej sytuacji należy się spodziewać, że Bruksela powie, iż sytuacja
światowa zmuszają do zmniejszenia pomocy dla krajów członkowskich,
a tym bardziej dla krajów kandydujących do Unii. I w paradoksalny
sposób może się okazać, że nowe rozwiązania, w rodzaju nowej drogi
właśnie, staną się korzystne dla krajów Zachodu. Że kraje te czekają
na takie właśnie, nowe rozwiązania, rozładowujące konflikty społeczne
na naszym kontynencie i przywracające ład zachwiany przez obecny kurs
globalizacji.
Niewykluczone,
że przy odpowiedniej wyobraźni i zdecydowaniu właśnie Polska może
stać się przykładem na tej drodze.
strona tytułowa                                         
następna strona
 drukuj
|