|
OSTROŻNIE Z UNIĄ EUROPEJSKĄ
Warszawa, 2002
Słyszę,
jak premier Miller mówi, że stosunek do wstąpienia Polski do Unii
Europejskiej jest miarą patriotyzmu. Należy to rozumieć tak, że patriotą
jest ten, kto jest za wstąpieniem. Słyszę, jak prezydent Kwaśniewski
cytuje kwestię z...quot;Wesela" o złotym rogu i odnosi ją do Unii.
Wrogom Unii - rozumiem -...quot;ostanie się ino sznur"...
Niech nikt nie wątpi i nie próbuje oskarżać Leppera
i Samoobrony o to, że są przeciwko Unii Europejskiej. Jestem za wstąpieniem
Polski do wszystkich struktur Zjednoczonej Europy. Ale - co podkreślałem
wielokrotnie i zdania nie zmienię - popieram takie wejście do Unii
Europejskiej, które nie skrzywdzi Polski! Jeśli choć jedna znacząca
grupa społeczna ma doznać uszczerbku przez wstąpie nie do Wspólnoty
Europejskiej, to stanowczo sprzeciwiam się takie mu wstąpieniu. Uważam,
że w ten sam sposób powinien się sprzeciwić każdy polski patriota!
A ludzie, którzy rządzą Polską, zwłaszcza Premier Miller i Prezydent
Kwaśniewski, mają moralny i polityczny obowiązek wyrażania takiego
sprzeciwu. Polska nie ma prawa i nie może wchodzić do Unii na kolanach.
Tylko godnie i na takich samych zasadach.
Mimo
iż nie ruszyła jeszcze akcja propagandowa zachęcająca obywateli do
popierania naszego członkostwa w Unii (choć rząd powołał już głównego
propagandystę Sławomira Wiatra, wyposażając go w niezwykle szerokie
uprawnienia, a także w wielomilionowy budżet), rząd, i media najwięcej
zdążyły powiedzieć o...quot;historycznej konieczności",...quot;historycznej
szansie",...quot;obowiązku wobec przyszłych pokoleń" itp.
Nie jestem zwolennikiem używania tak wielkich słów. Historia Polski
jest nazbyt skomplikowana i bogata w doświadczenia, żeby z góry wyrokować,
jaki alians polityczny i gospodarczy wyjdzie nam na zdrowie, a jaki
nie. Zbyt wiele entuzjazmu wkładały poprzednie pokolenia Polaków w
najrozmaitsze unie i sojusze, a potem gorzko się rozczarowywały, żeby
teraz głównym argumentem przemawiającym za Unią Europejską był tylko
zapal. W tym wypadku należałoby najpierw pomyśleć. A od myślenia jest
mózg, nie emocje.
Wysilając
ten mózg, należy stwierdzić, że w dzisiejszym świecie, w którym bez
przerwy trwa bezwzględna wojna, a tylko metody walki się zmieniły
(nie czołgi, piechota i okopy, lecz banki, maklerzy i giełda) praktycznie
żadnego państwa nie stać na realną autonomie i niezależność od innych
państw. Nawet bogata Szwajcaria oddaje piędź po piędzi swoją neutralność.
A co dopiero Polska - uboższa, zawsze wikłana w gierki wielkich mocarstw...
Jeżeli obecnie kształtuje się kilka wielkich międzypaństwowych organizmów
gospodarczych (Ameryka Północna, Japonia, Chiny, Rosja, Daleki Wschód,
Ameryka Południowa i Europa - żeby wymienić tylko największe), to
słaba Polska nie może pozostawać poza tym światowym układem, jeśli
chce się nadal rozwijać. Historycznie - w tym miejscu jest to słowo
uprawnione - związani jesteśmy z Europą i z Europą powinniśmy wiązać
przyszłość. A zatem międzynarodowa wojna ekonomiczna zmusza Polskę,
aby opowiedziała się po którejś ze stron, bo sama jest zbyt słaba,
żeby sobie pozwolić na samodzielne prowadzenie tej wojny. Nie możemy
swych losów związać z Ameryką czy Japonią - z przyczyn najprostszych:
geograficznych - zatem musimy szukać sprzymierzeńców w Europie. Z
tego punktu widzenia Polsce powinno zależeć na wstąpieniu do Unii
Europejskiej, ponieważ kraje europejskie już dawno (i bez naszego
udziału) uznały, że najlepszą formą ich organizacji będzie Unia.
Jeśli
nie mam wątpliwości co do kierunku szukania przez Polskę sojuszników
w światowym konflikcie ekonomicznym, to mam ogromne obiekcje związane
z rolą Polski we Wspólnocie Europejskiej.
12
lat, które minęły od wydarzeń politycznych zmieniających oblicze Europy
Środkowo-Wschodniej, potęguje moje obiekcje. Co się stało w tym czasie?
Po okresie pewnego rodzaju izolacji Polski (i innych krajów tzw. demokracji
ludowej) od świata i uzależnienia od Związku Radzieckiego wydawało
się, że w naturalny sposób zostaniemy przyjęci do rodziny państw europejskich,
co zresztą ta rodzina deklarowała na każdym kroku. Tylko że na deklaracjach
się skończyło. Szybko się okazało, że bezbronna wobec wielkich mechanizmów
ekonomicznych, Polska stalą się łupem Europy. Ubogim krewnym, którego
nie tylko nie wpuszcza się na salony, ale jeszcze okrada z tego, co
zdołał ze sobą przynieść do pałacu. Jakkolwiek dziś myślimy o Europie
- życzliwie lub nie - to przecież nikt rozsądny nie zaprzeczy, że
w pierwszych latach po przełomie roku 1989 Polska była traktowana
jak kolonia. Z jednej strony mówiono nam slogany o tym, że oto wkroczyliśmy
w wolność, równość i braterstwo, a z drugiej - międzynarodowe instytucje
finansowe narzucały nam sposób ekonomicznego korzystania z tej wolności
i równości. Nałożono na Polskę ograniczenia, które tej wolności i
równości gospodarczej zaprzeczały.
Jeszcze
w ubiegłym stuleciu kolonializm polegał na najechaniu na słabsze państwo,
narzuceniu swojej władzy i eksploatacji bogactw naturalnych. Dziś
taka forma uzależniania państw od państw sprawdza się jeszcze wobec
najbiedniejszych krajów Afryki i Azji. W dostatniej, opływającej w
surowce naturalne Europie, kolonializm polega obecnie na bezwzględnym
zdobywaniu rynków zbytu. Po co eksploatować złoża naturalne, skoro
można doprowadzić do tego, że podbite kraje same zrezygnują z rozwoju
przemysłu i rolnictwa. Wystarczy tylko zalać je tanimi i tandetnymi
towarami oraz utrzymywać taki minimalny poziom gospodarczy, który
pozwoli na kupowanie towarów z importu. I nic ponad to.
Polska
nie zdołała się uchronić przed takim nowoczesnym neokolonializmem.
Agresorów gospodarczych wspierały bowiem wszystkie kolejne rządy -
czy to prawicowe, czy lewicowe. Przewodził im - niezależnie od tego,
czy był w rządzie, czy w opozycji -Leszek Balcerowicz. W czasie wojny,
a była i ciągle jest to wojna, na określenie takich ludzi istnieje
tylko jedno słowo: zdrajca polityczny! A kara dla zdrajców też jest
tylko jedna. Usunąć na śmietnik historii.
Mając
jeden cel - uzależnienie gospodarcze Polski - kolonizatorzy posługują
się sprawdzoną metodologią: najpierw przejmują banki, potem niszczą
miejscowy przemysł, by na jego miejscu zbudować własny, w którym w
charakterze siły roboczej znajdują zatrudnienie miejscowi robotnicy.
Ostatnim elementem jest pogrzebanie rolnictwa. I właśnie o tym elemencie
musimy mówić w kontekście wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Przez
12 lat kraje Zachodniej Europy dość już zarobiły na Polsce, żeby teraz
łaskawie przyjąć nas do swego grona. Jesteśmy wystarczająco wyeksploatowani,
słabi, gotowi upaść bez ich pomocy. Zresztą co to za pomoc? Gdyby
Zachód chciał uczciwie zwrócić Polsce to, co na niej zarobił, musiałoby
to trwać przynajmniej 100 lat. A przecież wciąż stanowimy jeden z
atrakcyjniejszych rynków zbytu, który po wejściu do Unii stanie się
jeszcze bardziej atrakcyjny. Do kompletu uzależnienia brakuje tylko
zrujnowania rolnictwa. Ale i na to Wspólnota znalazła sposób, uznając,
że to, co do końca nie udało się przed akcesją, uda się po akcesji,
czyli po roku 2003.
W
Gazecie Wyborczej ukazał się niedawno artykuł pt....quot;Jak Jan Kalinowski
zarobi na Unii...". To dopiero manipulacja! Popierając -jakżeby
inaczej! - akces Polski do Unii Europejskiej, autorzy uznają 25-procentowe
tzw. dopłaty bezpośrednie (do produkcji rolnej) za wystarczające.
Ze skrupulatnością księgowego obliczają, że umowny właściciel 8-hektarowego
gospodarstwa w ciągu pierwszego roku po wstąpieniu Polski do Wspólnoty
zarobi o 6 tysięcy zł więcej niż obecnie. Nieźle brzmi, prawda? Każdy
polski rolnik wolałby mieć 6 tysięcy, niż ich nie mieć.
Obrzydliwa
manipulacja Gazety polega na tym, że wzięto pod uwagę dopłaty (zresztą
z tych 6 tysięcy zł dopłaty bezpośrednie to zaledwie 1230 zł rocznie),
a nie wzięto cen produktów rolnych. A właśnie w cenach tkwi sedno.
Jeżeli
wstąpimy do Unii, to ceny naszych produktów rolnych wzrosną średnio
o około 10%, a ceny środków do produkcji rolnej wzrosną o około 40%.
Tego nikt nie mówi, a to oznacza, że po wstąpieniu do Unii dochody
polskich rolników spadną w stosunku do obecnego i tak niskiego poziomu.
Trzeba
ludziom uczciwie powiedzieć, że w Unii ceny produktów rolnych są zaniżone
w stosunku do kosztów produkcji, a wynikające stąd różnice dochodów
władze wyrównują rolnikom poprzez dopłaty bezpośrednie. Jeżeli porównamy
dochody gospodarstwa rodzinnego w Polsce i w UE w przeliczeniu na
l ha bez dotacji, to są one podobne i w Polsce wynoszą około 285 euro
a w UE - około 281 euro (wg poziomu cen i dochodów z lat 1995-1996).
Natomiast jeśli uwzględnimy dotacje, to w Polsce dochody na l ha wzrosną
do około 288 ruro, a w UE - 542 euro. To właśnie o tę różnicę pomiędzy
281 euro a 542 euro, wynoszącą w przeliczeniu na l ha około 261 euro
dopłat bezpośrednich, toczą się negocjacje i trwa burza.
Podpowiadacze
z Gazety Wyborczej dokładnie wiedzą, że jak np. Jan Kalinowski czy
Jan Kowalski wstąpiłby do Unii, to jego dochody spadną z 288 euro
do 119 euro na l ha i dopiero dotacje wyrównawcze w wysokości 169
euro na l ha, a więc co najmniej 65,5% tego, co otrzymują rolnicy
unijni, wyrównałoby dochody Jana Kalinowskiego sprzed integracji.
Dlatego
mądry Jan Kowalski słusznie nie wierzy euroentuzjastom Gazety Wyborczej,
Sławomirowi Wiatrowi i Jarosławowi Kalinowskiemu, po prostu na dotychczasowych
warunkach nie chce do Unii.
A
kiedy Jan Kowalski mógłby chcieć do Unii? Wówczas jeżeli dopłaty wyrównawcze
wyniosą w dniu integracji 100%.
Chcę
podkreślić, że pełne dopłaty w dniu integracji nie oznaczają takich
samych warunków dla polskich i unijnych rolników. Nawet jeżeli polscy
rolnicy dostaliby 100% dopłat w dniu integracji, to ich dochody w
przeliczeniu na l ha wyniosą około 377 euro i tak będą o około 30%
niższe niż ich kolegów w Unii Europejskiej, ale to jest już skutek
innej struktury produkcji i innej struktury kosztów.
Przedstawione
wyjaśnienia opisują sam mechanizm działania dotacji wyrównawczych,
ale jeszcze nie odzwierciedlają praktyki. Najlepiej można to wyjaśnić
na przykładzie pary butów, które wytwarza szewc w Warszawie i Brukseli.
Załóżmy, że obaj szyją dobre buty, o podobnym fasonie, a ich koszty
na jedną parę wynoszą np. 100 euro, z tym, że unijny szewc dostaje
dotację wyrównawczą w wysokości 50 euro do jednej pary butów. No,
to który szewc sprzeda swoje buty, jeżeli będzie jeden kupujący? Oczywiście
ten, który może obniżyć cenę o równowartości dotacji. A co może zrobić
polski szewc? Wrócić do domu i dać dzieciom na obiad nie sprzedane
buty. Ten praktyczny aspekt nierównej konkurencji, wynikający z różnicy
w dopłatach wyrównawczych, jest najgroźniejszy, ponieważ działa powoli,
ale bezwzględnie na korzyść Zachodu.
Tak
jest obecnie w handlu Polski z UE. Niby mamy partnerskie umowy handlowe,
niby mamy przywileje wynikające z Umowy Stowarzyszeniowej, a z roku
na rok narasta deficyt w handlu z UE.
Mędrcy
z Gazety Wyborczej nie wyjaśniają też polskim rolnikom i szerzej polskiemu
społeczeństwu, że trwa ostra walka na światowym rynku rolnym, głównie
pomiędzy UE a USA i innymi krajami obu Ameryk.
Kolejna
runda Światowej Organizacji Handlu prawdopodobnie zmusi UE do stopniowego
odchodzenia od wysokich dotacji do rolnictwa. Jeżeli w 2004 roku zapadną
decyzje o stopniowym zmniejszeniu dotacji do rolnictwa począwszy od
2006 roku, to taki kalendarz pasuje jak ulał do propozycji UE, aby
dopłaty bezpośrednie dla Polski wprowadzać stopniowo przez 10 lat.
Unijni i Polscy negocjatorzy dobrze wiedzą o tych planach i zdają
sobie sprawę, że w wariancie stopniowego wprowadzania opłat, polscy
rolnicy nigdy ich w dotychczasowej wysokości i na dotychczasowych
zasadach nie otrzymają.
Jak
wspomniałem na początku, skoro już mamy wchodzić do Wspólnoty Europejskiej,
to przynajmniej kraczmy jak tamtejsze wrony. W Unii panuje system
dopłat - dobrze, przyjmujemy, ale na takich samych prawach. Miejmy
równy punkt startu! Nie po to bynajmniej, żeby nasi rolnicy doznali
gwałtownej poprawy standardu życia - jak sugerują niektórzy polscy
publicyści entuzjastycznie nastawieni do Unii, ale mający kłopoty
z rachunkami. Polskie rolnictwo potrzebuje równego traktowania po
to, żeby przetrwać! Nierówność w dopłatach spowoduje - nie waham się
użyć tego słowa - eksterminacje polskiego rolnictwa.
A
gdy tak się stanie, to kolonialna Unia Europejska zatrze tylko ręce,
bo niszcząc nasze rolnictwo, urzeczywistni ostatni element swego planu.
Owszem, przyzna dodatkowe środki na pomoc społeczną, na walkę z głodem,
na zwalczanie bezdomności. Unia da jałmużnę, bo przecież nie może
być tak, że we Wspólnocie istnieje kraj Trzeciego Świata. Unia nas
nakarmi, może nawet ubierze, ale wcześniej uczyni nas żebrakami.
Samoobrona
nie tylko się na to nie godzi, ale wręcz będzie robić wszystko, posłuży
się każdą metodą, żeby do tego nie dopuścić. Obiecuję to wam, przyrzekam,
przysięgam na wszystko, co najcenniejsze. Dopóki Samoobrona będzie
miała jakikolwiek wpływ na decyzję o wstępowaniu Polski do Unii, na
określenie warunków tego wstępowania, nie pozwoli ani jednego chłopa
uczynić żebrakiem. A nawet jeśli Samoobrona utraci taki wpływ, to
znajdzie sposób, żeby wyrwać polskich rolników - całą Polskę - z jarzma
nowoczesnego kolonializmu.
Na
dotychczasowe propozycje Unii Europejskiej nie można patrzeć przez
pryzmat tego, ile chcą nam dopłacać, lecz tego, ile chcą nam zabrać.
Jest źle, a będzie gorzej niż źle. Będzie katastrofa. Taka jest prawda
o dotychczasowych propozycjach Unii.
Panie
Prezydencie Kwaśniewski, ten zloty róg, który polski rolnik ma dostać
od Wspólnoty Europejskiej jest zwyczajną zardzewiałą trąbą. Ktoś chce
nas w tę trąbę zrobić! Brońmy się!
Lepper
i Samoobrona zostali zrodzeni z pokładów polskiego piekła: biedy,
bezrobocia i niesprawiedliwości społecznej. Z protestu przeciwko rozkradaniu
Polski.
Drogi
Czytelniku!
-
Samoobrona powstała, gdy w Polsce zaczęło się rodzić zjawisko bezrobocia.
-
Samoobrona od początku transformacji przestrzegała konsekwentnie przed
skutkami liberalnej polityki gospodarczej.
-
Samoobrona broniła i będzie bronić interesów najbiedniejszych, spychanych
poza margines godnego życia.
-
Samoobrona chce bronić również tych, którzy mogą niebawem poszerzyć
ten margines.
Przyłączają
się do naszej walki setki tysięcy ludzi. W naszym kraju musi rządzić
lud i przedstawiciele jego większości. W tym kraju musi być szansa
dostatniego życia. Przepędzimy z elit władzy oszustów i graczy politycznych.
Balcerowicz
musi odejść!!!
strona tytułowa                                         
następna strona
 drukuj
|