|
RZECZPOSPOLITA AFERALNA
Warszawa, 2002
Jeśli
wierzyć filozofom, to w każdym z nas bez przerwy toczy się walka dobra
ze ziem. Wszyscy mają coś ze złodzieja i coś z filantropa, z lenia
i pracusia, z kanalii i świętego. To, że światem nie rządzi zbrodnia,
a podstawowe normy moralne uznawane są przez ludzkość na każdym stopniu
rozwoju i najbardziej oddalonych zakątkach świata, zawdzięczamy wychowaniu
w rodzinie, edukacji w szkole oraz prawu stanowionemu przez państwo.
Nawet jeśli jeden z tych elementów zawiedzie, pozostałe utrzymują
człowieka i obywatela w karbach zachowań, przyporządkowanych raczej
dobremu, aniżeli złemu.
Afery
gospodarcze, które wybuchały w Polsce po roku 1989, niewątpliwie zawinione
były przez ludzi o konkretnych nazwiskach. Ci ludzie powinni stanąć
przed sądem i odbyć kary stosowne do popełnionych win. Odpowiedzialność
powinni ponieść także ci, którzy nie dopilnowali, by wraz z transformacją
ustrojową następowała w naszym kraju transformacja prawa. To znaczy
politycy, którzy albo z powodu braku znajomości rzeczy (co jest winą
mniejszą), albo w złej wierze i dla osobistych korzyści tak manipulowali
państwem i prawem, żeby przestępcom umożliwić oszustwa, malwersacje
oraz kradzież na wielką skalę.
Wraz
z upadkiem starego - jak się mówi, słusznie minionego - systemu politycznego
nastąpiło zachłyśnięcie nowym systemem, który przedstawiano jako ustrój
nieograniczonych możliwości. W amerykańskim micie kariery od pucybuta
do milionera Polacy nie dostrzegli pochwały dla ciężkiej pracy, pomysłowości
i przedsiębiorczości, za to bardzo spodobało im się wyrwane z kontekstu
powiedzenie, że pierwszy milion trzeba zdobyć nieuczciwie. Takie kariery,
jak: Aleksandra Gawronika, Ireneusza Sekuły, Zygmunta Solorza, Bogusława
Bagsika czy Lecha Grobelnego były omawiane w mediach, chwalone przez
polityków i podziwiane przez zwykłych ludzi. Pół żartem, pół serio,
ale bardziej serio -- politycy i publicyści wyznawali teorię patrzenia
przez palce na tworzenie się klasy średniej, zniszczonej -jak mówiono
- przez realny socjalizm. A więc od początku transformacji istniało
stymulowane przez władzę i media, przyzwolenie społeczne na zgoła
nieuczciwe przechodzenie z grupy pracowników (pracobiorców) do grupy
biznesmenów (pracodawców). Czy ktoś pamięta jeden krytyczny artykuł
czy audycję, jeden ganiący głos polityka na temat początków kariery
Gawronika albo Grobelnego? Przedstawiano ich jako wzór do naśladowania
dla wszystkich Polaków. Ich cwaniackie metody pomnażania zysków, wspierane
przychylnym nastawieniem władz, z korupcją w tle, określano jako przedsiębiorczość!
Trzynaście
lat temu podziwiałem klasę polityczną, która przy Okrągłym Stole w
świetle reflektorów i z udziałem kamer telewizyjnych osiągnęła historyczny
kompromis, oznaczający nowy etap w historii Polski. Dziś oskarżam
tę .samą klasę polityczną, wówczas zgromadzoną - już bez mediów -przy
stole w Magdalence, o to że rozpoczęła haniebny podział społeczeństwa
na tych, którzy mają przywileje ł na tych, którzy owych przywilejów
zostali od początku pozbawieni. Tak samo winna jest tzw. strona solidarnościowa,
jak strona wówczas rządowa. W politycznym, a więc również ekonomicznym
podziale łupów, wzięli udział tylko wtajemniczeni. Ze strzępów odkrywanych
po latach faktów można zaledwie domyślać się znaczącej w tym procesie
roli służb specjalnych - zarówno PRL-owskich, jak i nowo tworzonego
Urzędu Ochrony Państwa. Pod wychwalanymi pod niebiosa hasłami o wolnym
rynku, konkurencji i wolności gospodarczej, w kolejnych parlamentach
i rządach tworzono przepisy sprzyjające, jeśli nie służące wyprowadzaniu
ogromnych pieniędzy z budżetu państwa, przemytowi, unikaniu płacenia
podatków.
Była
to kradzież. Zwykła co do metody i niezwykła co do skali. Obrzydliwa,
bo popełniana w majestacie ułomnego prawa i pod ochronnym parasolem
skorumpowanego aparatu państwowego. Wielkie kwoty pochodzące z głośnych
afer gospodarczych trafiały do kieszeni biznesmenów (tak pojmowano
sposób odradzania się klasy średniej) oraz polityków (tak pojmowano
sposób tworzenia się nowego ustroju). Ta skaza, leżąca u zarania zmian
społecznych, politycznych, a nade wszystko ekonomicznych, sprzyjała
tworzeniu się oszałamiających fortun. A tam, gdzie pojawiały się wielkie
pieniądze, od razu tworzyły się zręby zorganizowanej przestępczości.
Polska nie musiała importować mafii włoskiej, rosyjskiej, czeczeńskiej
czy innej; Polska stworzyła własną mafię.
Obok
mafii kryminalnej od początku przemian istnieje mafia polityczna.
Powstała z przemian ustrojowych i na potrzeby nowych mechanizmów politycznych.
Co oznacza słowo...quot;wybory"? Główna zasada demokracji.
Pod
tym pojęciem kryją się kampanie wyborcze, fundusze na te kampanie,
reguła, że im większe nakłady, tym lepszy wynik wyborczy. Wielka część
szybkich fortun finansowych była przeznaczana na wybory, czyli na
zdobycie władzy, która z kolei pozwalała na zbijanie kolejnych majątków,
z których część wędrowała do partyjnych sakiewek, itd. Koło się zamyka.
Czy
ktoś pamięta nazwisko polityka biorącego udział w aferach gospodarczych,
który by stanął przed sądem i poszedł do więzienia? Proszę podać choć
jedno nazwisko...
Samoobrona
dąży do tego, żeby ludzi, którzy mieli tyle władzy, aby wpływać na
państwowe procesy ustawodawcze i wykonawcze, i którzy odegrali niesławną
rolę w aferach, oddać w ręce prokuratury i sprawiedliwie osądzić.
A jeśli nie zdoła tego dokonać wobec wszystkich winnych, chociażby
z powodu przedawnienia, to przynajmniej nazwie tych ludzi po imieniu.
Złodzieja złodziejem, oszusta oszustem, szkodnika szkodnikiem, skorumpowanego
skorumpowanym.
Po
tym wstępie, zarysowującym mechanizm powstawania przekrętów finansowych
na wielką skalę, ich funkcjonowanie oraz wskazującym na bezkarność
ich głównych aktorów, zapraszam na krótki spacer po najgłośniejszych
aferach III Rzeczpospolitej.
Fundusz
Obsługi Zadłużenia Zagranicznego.
Państwo,
służby specjalne, wielkie pieniądze - to była afera, która na pewien
czas zawładnęła wyobraźnią Polaków. Jeśli chodzi o kwotę i liczbę
zaangażowanych osób afera FOZZ nie jest jeszcze największym przekrętem.
Swoją sławę najgłośniejszej afery III RP zyskała dzięki temu, że obnażyła
klasyczne metody wyciągania państwowych pieniędzy i przekładania ich
do prywatnych kieszeni, przy użyciu i pod ochroną układów politycznych.
Sprawa ta - jak żadna inna - pokazuje kompletną bezkarność ludzi podejmujących
decyzje w rządzie, parlamencie, banku centralnym i służbach specjalnych.
Nieprawidłowościami
w FOZZ organa ścigania zajmują się od z górą 11 lat, czyli niemal
od początku...quot;nowej Polski". Do dziś nie odnaleziono winnych,
więc ich nie ukarano. Koszty przewlekającego się postępowania powiększają
się o wciąż nowe sumy. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby wkrótce okazało
się, że nakłady na ustalanie prawdy w tej sprawie przerosły początkowe
straty budżetu.
Oto
prokurator, który przedstawił sądowi ewidentnie niepełny i wadliwy
akt oskarżenia, przez lata dalej prowadził śledztwo. Zmieniający się
ministrowie sprawiedliwości i prokuratorzy generalni - niezależnie
od ich...quot;koloru" politycznego - nadzorują postępowanie i
nie widzą nic złego w tym, że trwa ono tak długo. Nawet gdyby wreszcie
ustalono nazwiska winnych, to nie będzie można nikogo osądzić z powodu
przedawnienia. Kto za to odpowiada, jeśli nie ministrowie sprawiedliwości?
Za co ci ludzie biorą od lat wcale niemałe pensje, odprawy, a pewnie
już i emerytury?! Jak długo ich nieudolność będzie obciążała budżet
państwa, czyli nas - podatników?! Przecież to jest jawna kpina z Polski
i Polaków!
Proces
w sprawie FOZZ zaczął się dopiero w roku 2000 -dziewięć lat po wszczęciu
śledztwa - i śmiało można go nazwać odpryskowym, ponieważ na ławie
oskarżonych zasiadło zaledwie pięciu winnych, a akt oskarżenia obejmował
wyłudzenie 27 milionów z prawie 350 milionów złotych, które zmarnotrawiono
lub zdefraudowało w FOZZ.
Pomysł
tajnego wykupywania polskiego długu zagranicznego przez państwo, ale
za pośrednictwem prywatnych osób i firm, powstał jeszcze w PRL - w
grudniu 1985 r. Opierał się na cynicznym wykorzystywaniu reguł rządzących
rynkiem kapitałowym. Skoro każdego dolara długu zagranicznego Polski
można było kupić od wierzycieli za 70 lub nawet 50 centów, to dlaczego
nie wykorzystać takiej okazji? Nie mógł tego zrobić oficjalnie dłużnik,
czyli państwo, więc posłużył się...quot;przykrywką". Do roku 1989
FOZZ podlegał ministrowi finansów i co roku był zobowiązany składać
w Sejmie sprawozdanie bilansowe. W roku 1989 znowelizowano ustawę
o Funduszu, zdejmując z barków jego władz obowiązek tłumaczenia się
przed rządem i Sejmem. Dało to początek niekontrolowanemu obracaniu
państwowymi pieniędzmi i okazję do potężnych nadużyć. Sytuacja, w
której zaciera się ślady pochodzenia znacznych środków finansowych,
zawsze musi stwarzać warunki d oszustw i malwersacji.
Kontrolerzy
NIK po latach stwierdzą, że za przygotowanie tych kryminogennych warunków
bez wątpienia odpowiadają członkowie Rady Nadzorczej Funduszu, ale
swój niechlubny udział w przekręcie mieli też członkowie ówczesnego
parlamentu, którzy przyznali FOZZ zbyt duże uprawnienia.
Żaden
polityk nigdy za to nie odpowiedział! Na ławie oskarżonych znalazło
się zaledwie trzech biznesmenów robiących z Funduszem lewe interesy.
A ilu takich biznesmenów było? Dwudziestu czy dwustu? Wpadli tylko
trzej, najwidoczniej najmniej biegli w sztuce ukrywania przekrętów...
Oskarżani są również prezes i wiceprezes FOZZ, chociaż udowodnienie
im win będzie niezwykle trudne. Świadczy o tym aresztowanie prezesa
Funduszu Grzegorza Żemka pod zupełnie innym pretekstem i postawienie
mu zarzutów w zupełnie innej aferze finansowej.
Przewlekle
postępowanie prokuratorskie i sądowe, dezercja (bo trudno inaczej
nazwać odejście pani sędzi Barbary Piwnik na fotel ministra finansów)
sędziego kierującego procesem oraz wątle i niepełne dane prokuratorskie
- wszystko to każe przypuszczać, że afera FOZZ, jak dziesiątki jej
podobnych, rozmyje się, zatrze, wyparuje. Okaże się, że maszynką do
przetwarzania państwowych pieniędzy w prywatne fortuny kierowały krasnoludki.
10
lat po wybuchu skandalu związanego z FOZZ odezwał się człowiek, który
sporo wiedział: Janusz Iwanowski-Pineiro. Publicznie ujawnił to, czego
wielu się domyślało, czyli informacje o przekazywaniu pieniędzy z
Funduszu partiom politycznym -w tym wypadku Porozumieniu Centrum i
jego prominentnym politykom, braciom Jarosławowi i Lechowi Kaczyńskim
oraz Adamowi Glapińskiemu.
Wszyscy
pamiętamy, co wówczas się stało. Sąd postanowił aresztować Pineira,
a kierowana przez Lecha Kaczyńskiego prokuratura przez wiele miesięcy
nie chciała nawet przesłuchać aresztanta, by sprawdzić prawdziwość
jego zarzutów. Ba, po zmianie władzy też nikt się specjalnie nie kwapi,
aby wersję Wenezuelczyka ostatecznie wyjaśnić.
Dziwne,
powiecie?
Przestaniecie
się dziwić, gdy zdacie sobie sprawę, że w FOZZ maczali palce politycy
z wszystkich ugrupowań, z prawa i z lewa, postsolidarność i postkomuna.
Łączyło ich jedno: ochota na łatwe publiczne pieniądze. W warunkach
raczkującej gospodarki rynkowej takie pieniądze zawsze oznaczają więcej
władzy. Co tam budowa społeczeństwa obywatelskiego, co tam zapewnienie
Polakom godnych warunków życia! Liczy się szmal!
Z
akt śledztwa w sprawie FOZZ wynika na przykład, że pół miliona dolarów
trafiło w ręce polskiego lobby w Kongresie amerykańskim - może należałoby
wyjaśnić rolę Zbigniewa Brzezińskiego w tej sprawie. Nie dziwi więc,
że nie ma w Polsce siły politycznej, której by zależało na rozwikłaniu
tej sprawy do końca, bo przecież oznaczałoby to zakwestionowanie autorytetu
byłego doradcy ds. bezpieczeństwa prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Kto jeszcze by...quot;popłynął" przy okazji? Ilu naszych polityków?
Przykład
rozwiązania, a właściwie nierozwiązania afery Funduszu Obsługi Zadłużenia
Zagranicznego, utwierdzał winnych w ich bezkarności; utrwalił zły
obyczaj wychodzenia obronną ręką z nawet najbardziej podejrzanych
przedsięwzięć ludzi, którzy zasłaniali się funkcją państwową. Zamiast
więziennej celi spotykały ich awanse i wysoka pozycja...quot;na zawsze"
w establishmencie.
Działalność
Funduszu powinna kontrolować Rada Nadzorcza. W jej skład wchodzili:
Janusz Sawicki, ówczesny wiceminister finansów; Jan Boniuk; Dariusz
Rosati, potem lewicowy minister spraw zagranicznych, dziś członek
Rady Polityki Pieniężnej; Zdzisław Sadowski; Jan Wołoszyn; Grzegorz
Wójtowicz, wtedy prezes Narodowego Banku Polskiego, dziś członek RPP;
Sławomir Mar-czuk oraz Wojciech Misiąg, związany z Unią Demokratyczną
wiceminister finansów. W pierwszym podejściu prokuratura przedstawiła
Wójtowiczowi i Boniukowi zarzut niedopełnienia obowiązków (dobre i
to...), w podejściu drugim z tych zarzutów się wycofano. Postawieni
przez państwo na straży publicznego majątku fachowcy dopuścili do
straty 350 milionów zł. I co? I nic! Nadal decydują o pieniądzach
podatników, biorąc kilkadziesiąt tysięcy na rękę miesięcznie.
Nawet
jeśli nie ma wystarczająco mocnych dowodów, aby posłać tych i podobnych
im ludzi za kratki, to władze państwowe -ustawodawcze i wykonawcze
- powinny mieć na tyle odwagi, żeby odsunąć ich od wpływu na decydowanie
o publicznych pieniądzach. Samo tylko podejrzenie o branie udziału
w przestępczym procederze powinno skazać ich na polityczną banicję.
Gdy Samoobrona tak mówi, reprezentanci pozostałych sił politycznych
pukają się w czoło.
A
przecież, jeśli ktoś złapie kogoś na złodziejstwie albo nawet podejrzewa
go o kradzież, to nic dziwnego nie ma w tym, że chce trzymać się jak
najdalej od niego. Dmuchać na zimne. To, co w skali międzyludzkiej
jest powszechnie obowiązującą normą, w skali państwa traci znaczenie.
Póki zwykłe domaganie się sprawiedliwości przez Samoobronę będzie
wzbudzało wesołość i zdziwienie, poty nic się nie zmieni.
Art
B
Każdy,
kto w miarę uważnie przegląda gazety, stwierdzi, że przekręt finansowy
nazywany aferą Art B wywołało tylko Bagsik dwóch ludzi: Bogusław Bagsik
i Andrzej Gąsiorowski. Bagsika Gąsiorowski ujęto na lotnisku w Genewie,
deportowano do Polski, osadzono w więzieniu, następnie wypuszczono.
Gąsiorowski mieszka w Izraelu albo - jak się mówi - na jednej z wysp
Oceanu Spokojnego. Nie niepokojony przez nikogo wiedzie dostatni żywot
rentiera, od czasu do czasu wchodząc w jakiś biznes.
Czy
ktoś słyszał o jakichś politykach stojących za tą aferą? Zaraz podam
kilka nazwisk. A czy jakikolwiek polityk związany z Art B został pociągnięty
do odpowiedzialności karnej? Niestety, ani ja, ani nikt inny nie wskaże
żadnego nazwiska.
Podstawowym
zarzutem wobec dwóch...quot;artystów biznesu" Bagsika i Gąsiorowskiego
jest wyłudzenie od polskiego systemu bankowego co najmniej 424 milionów
zł. Warszawski sąd orzekł, że byli prezesi spółki przywłaszczyli sobie
ledwie czwartą część tej sumy - 120 milionów. Pieniądze te przeznaczyli
na zakup akcji izraelskiego przedsiębiorstwa naftowego PAŹ.
A
co z resztą? Gdzie wsiąkło ponad 300 milionów zł? Śmiem twierdzić,
że ta ogromna suma poszła na łapówki dla polityków oraz honoraria
dla zagranicznych i krajowych ekspertów, którzy zostali wynajęci po
to, by przedsięwzięciu pod nazwą Art B dorobić legendę młodej, prężnej
i dającej dużą nadzieję na sukces spółce.
Bagsik
i Gąsiorowski oficjalnie zeznali, że prawie 6 milionów przekazali
spółce Telegraf, związanej z Porozumieniem Centrum braci Kaczyńskich.
Mówili też o skierowaniu znacznych sum na prezydencką kampanię wyborczą
Lecha Wałęsy, o co prosił ich Jarosław Kaczyński, obecnie jeden ze
sprawiedliwych z Prawa i Sprawiedliwości. Pieniądze popłynęły również
na kampanię konkurenta Wałęsy - Tadeusza Mazowieckiego. Tym razem
pośrednikiem był Jacek Ambroziak - ówczesny szef Urzędu Rady Ministrów.
Współpracownik, a potem wspólnik Art B, obywatel Izraela Meir Bahr
informował prokuraturę o łapówce wręczonej ówczesnemu wiceministrowi
finansów Stefanowi Kawalcowi.
Znów
się jednak okazało, że prokuratura nie paliła się do zbadania wątków
politycznych. Słowo polityków znaczyło więcej niż słowo biznesmenów.
Efekt - z końcowych ustaleń prokuratorskich wykasowano wszystkie ślady
udziału polityków w aferze.
Zastanawia
mnie, dlaczego żadnego z władców ówczesnej Polski nie zainteresowało,
skąd dwóch młodych, niespecjalnie przygotowanych do robienia biznesu,
ludzi z Południa kraju wzięło tak ogromne pieniądze. Ani premier Jan
Krzysztof Bie-łecki, ani minister z kancelarii prezydenta Wałęsy Maciej
Zale-wski, ani minister budownictwa Adam Glapiński (wszyscy oni utrzymywali
dość zażyłe kontakty z prezesami spółki) nie zapytali nigdy o źródła
majątku Art B. Podobnie niezainteresowani byli generałowie polskiej
armii Ryszard Wieczorek i Edwin Rozłubirski, którzy dla Art B negocjowali
kontrakty handlu bronią. Najbardziej strategiczne zamówienia państwowe
oddano w ręce dwóch młokosów - nie ma takiej możliwości, żeby odbywało
się to bez wiedzy służb specjalnych i najwyższych czynników w państwie.
Prezesów Art B podejrzewano o związki z KGB i wywiadem izraelskim.
Przy
okazji tej afery potwierdziła się prawidłowość: wielkie pieniądze
przyciągają polityków każdej maści. W Art B pracował Marek Siwieć,
dzisiejszy minister w kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i szef
Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Pieniądze w spółce zarabiał również
Jerzy Dziewulski, obecny poseł SŁD, a wtedy szef komandosów w porcie
lotniczym na Okęciu. Andrzej Zawiślak - minister przemysłu, który
obu prezesów zachęcał do przejęcia fabryki traktorów w Ursusie -był
częstym gościem w Izraelu, kiedy już zamieszkali tam z zamiarem osiedlenia
się na stałe Bagsik z Gąsiorowskim. Wreszcie premier Kielecki, czerpiący
wiedzę o spółce od Ryszarda Janiszewskiego - przewodniczącego Rady
Banku Handlowo-Kredytowego w Katowicach. W tym właśnie banku Art B
miała rachunek, na którym powstał gigantyczny debet. Bielecki - wedle
słów Bagsika, Gąsiorowskiego i Janiszewskiego - miał być nawet cichym
wspólnikiem banku.
Gdy
wybuchła afera, a obaj prezesi w popłochu uciekli z Polski najpierw
do Niemiec (szczęśliwym trafem udało im się jednak wywieźć kilka milionów
dolarów w gotówce); Janiszewski spotkał się z nimi w Hanowerze, gdzie
doszło do podpisania umowy przekazania Art B w zarząd BHK w Katowicach
- jako wyrównanie debetu. Mówiono wówczas, że pozostawiony w Polsce
majątek spółki przekracza jej zobowiązania, ale szybko miało się okazać,
że albo to kłamstwo, albo komuś udało się po cichu majątek ten przejąć.
Oto
dwóch cwaniaków oszukało prywatny bank na gigantyczne pieniądze -
afera czysto kryminalna, nieprawdaż? Nie, ponieważ popełnienie oszustwa
było możliwe dzięki dziurawym przepisom wprowadzonym i kontrolowanym
m.in. przez Leszka Balce-rowicza, wicepremiera i ministra finansów.
Nie, ponieważ straty katowickiego BHK zgodnie z ówczesnymi przepisami
musiały być pokryte z NBP, czyli z budżetu państwa. Kto za to odpowiadał
przed sądem? Nikt.
Gdyby
prezesi Art B uciekli z Polski trzy tygodnie później, pewnie udałoby
się im wypłacić złożony w PKO BP depozyt -65 milionów zł, co mogło
spowodować bankructwo państwowego banku, PKO BP dysponował bowiem
wówczas zaledwie 25 milionami wolnych środków. Doszłoby do jeszcze
większej katastrofy, gdyby Bagsik i Gąsiorowski zrealizowali wystawione
przez ten sam bank gwarancje na - uwaga - 280 milionów zł, czyli 2,8
biliona starych złotych. Kapitał założycielski banku wynosił wtedy
nie więcej niż 2 miliony zł, a depozyty posiadało w nim ponad 15 milionów
Polaków. Kto szefom PKO BP dał prawo do narażania oszczędności klientów?
Czy władze banku kiedykolwiek za to odpowiedziały? Nikomu nie spadł
nawet włos z głowy. Doszło wprawdzie do procesu kilku mało ważnych
bankowców zamieszanych w aferę Art B, ale zarzucono im jedynie niedopełnienie
procedur bankowych, przekroczenie uprawnień, poświadczenie nieprawdy
i łapówkarstwo na nie wielką skale. Na liście oskarżeń próżno szukać
skonstruowania wadliwych przepisów umożliwiających przekręt, przymykanie
oczu na ewidentne wyłudzenie, hipokryzję i zacieranie śladów. Nie
ustalono - właśnie przez brak dokumentów, które zniszczono - kto na
aferze najbardziej zyskał. Nie wyjaśniono roli, jaką odegrały w tej
sprawie służby specjalne. Nie odpowiedziano na pytanie, w jakim celu
generał Gromosław Czempiński, były szef Urzędu Ochrony Państwa, odwiedzał
prezesów Art B w Izraelu. Nigdy nie wyszedł na jaw udział polskich
służb specjalnych w próbie przejęcia akcji PAŹ - izraelskiego przedsiębiorstwa
naftowego.
Jedną
z najbardziej zagadkowych kwestii w aferze jest ucieczka Bagsika i
Gąsiorowskiego z Polski. Zwiali oni w popłochu na kilka godzin przed
wejściem do ich domów i siedziby firmy brygady antyterrorystycznej.
Bez przeszkód wyciągnęli pieniądze i z paru milionami dolarów w bagażnikach
samochodów przekroczyli granicę polsko-niemiecką. Badający te okoliczności
warszawski sąd nie znalazł dowodów na to, że przed planowanym zatrzymaniem
obu prezesów ostrzegł Maciej Zale-wski - wówczas minister w kancelarii
prezydenta Wałęsy. Nigdy nie dowiedziono, by o zaplanowanych zmianach
w przepisach bankowych (zmianach umożliwiających pomnożenie fortuny)
uprzedzał ich Ireneusz Sekuła, prominentny polityk lewicy. Nie wyliczono,
jaką część z ponad 420 milionów zł zagarniętych przez Art B zabrał
Aleksander Gawronik. W postępowaniu w sprawie Gawronika, późniejszego
senatora RP, sąd nie dopatrzył się przestępstwa, choć wielu świadków
potwierdziło, że zagrabił on m.in. dzieła sztuki, komputery i samochody
należące do firmy Bagsika i Gąsiorowskiego oraz do nich jako osób
prywatnych.
Po
ekstradycji Bagsik zmienił swoje dawne zeznania obciążające Zalewskiego
i Gawronika. Dlaczego? Być może ceną miał być wyrok - zaledwie 9 lat
pozbawienia wolności. Biorąc pod uwagę czas, który Bagsik spędził
w więzieniu przed ogłoszeniem wyroku, mógł się starać o przedterminowe
zwolnienie za dobre sprawowanie. Obecnie, jeśli prezes Art B w ogóle
jeszcze wróci za kratki, to nie na dłużej niż kilkadziesiąt dni.
Oprócz
prominentnych przedstawicieli rządu, wojska i policji politycznej
w aferę zamieszani byli też równie prominentni przedstawiciele podziemia
kryminalnego: Andrzej Kolikowski, pseudonim Pershing, uchodzący za
bossa gangu pruszkowskiego, czy Wiesław Peciak, oficjalnie przedsiębiorca
budowlany. Ostatnie ustalenia policji wskazują na to, że w domu Peciaka
znaleziono pokwitowanie pożyczki miliona dolarów, której Art B udzieliła
Ireneuszowi Sekule. W sejfie znajdowała się także niejawna dokumentacja
firmy Sekuły - Polnippon.
Sejm
długo nie zgadzał się na uchylenie immunitetu posłowi Sekule. Parlamentarny
klub SLD traktował to jako zamach polityczny na lewicę. Już wkrótce
miało się jednak okazać, że Sekuła -jako prezes Głównego Urzędu Celnego
- dopuścił się kolejnego przekrętu. Polecił kupić za ogromne państwowe
pieniądze pomieszczenia dawnej fabryki im. Róży Luksemburg w Warszawie.
Ktoś zarobił na tej niekorzystnej dla GUC transakcji kilka ładnych
milionów. Ile z nich wpadło do kieszeni Sekuły? A może również do
kieszeni tych, którzy przez łata zapewniali mu bezkarność?
Afera
alkoholowa.
Wspomnienie
o niej ginie w pomroce dziejów III Rzeczpospolitej. Kto dziś pamięta,
że wiele karier dzisiejszych milionerów zaczęło się od prywatnego
importu spirytusu...quot;Royal" w cysternach lub butelkach, mieszaniu
go z wodą i sprzedawaniu pod postacią wódki w oficjalnym i nieoficjalnym
obrocie.
Interes
na alkoholu to były tzw. szybkie pieniądze. Kredyt, zakupy w którejś
z francuskich, holenderskich czy belgijskich gorzelni, transport,
przekroczenie granicy, sprzedaż w Polsce w hurcie lub detalu, przebitka
od 3 do 10 razy. I jeszcze raz to samo, tylko już bez kredytu. W ten
sposób zainwestowane 100 tysięcy dolarów przynosiło milion dolarów
zysku w dwa, trzy miesiące. A przepisy sprzyjające prywatnym importerom
alkoholu obowiązywały w Polsce przez co najmniej półtora roku! Żaden
państwowy urząd nigdy nie oszacował strat budżetu wynikających z niepłacenia
ceł i podatków za alkohol na początku polskiej transformacji. Nikt
tym bardziej nie potrafi wyliczyć strat pośrednich -ponoszonych przez
producentów zboża i ziemniaków, krajowe zakłady spirytusowe, papiernie,
huty szkła itp.
Ostrożne
szacunki Głównego Urzędu Celnego każą przypuszczać, że sprowadzono
do Polski bez cła i podatku, często na podstawie niepełnych lub wręcz
sfałszowanych faktur, grubo ponad 30 milionów litrów czystego spirytusu.
Według mocno zaniżonej oceny NIK, Skarb Państwa stracił na tym nie
mniej niż 200 milionów zł. Podczas gdy policja ścigała drobnych przemytników
alkoholu, przez granice przejeżdżały codziennie dziesiątki cystern
należących do zorganizowanych gangów, za którymi często kryli się
tzw. poważni biznesmeni i politycy. Ale nie tylko oni powinni ponieść
karę za gigantyczne straty budżetu. Bardziej winni byli bowiem ci,
którzy w imieniu państwa pozwolili na skorzystanie z dogodnej okazji.
W
roku 1989 zniesiono obowiązek posiadania koncesji na import alkoholu.
Odbyło się to pod hasłem liberalizacji handlu, ale nikt przy zdrowych
zmysłach nie wierzył, że Polska zrobiła się aż tak liberalna. We wszystkich
normalnych krajach - także w tzw. dojrzałych demokracjach - wewnętrzny
i zagraniczny handel alkoholem regulowany jest surowymi przepisami
i obłożony wysokimi podatkami. Rezygnując z koncesji na import alkoholu,
politycy odpowiedzialni za to doskonale musieli zdawać sobie sprawę
z tego, że spowoduje to wielkie nadużycia. Najwidoczniej więc nie
zależało im na uszczerbku, jaki poniesie Skarb Państwa. Albo zależało
na tym, żeby wtajemniczeni zarobili krocie. Nie trzeba być Einsteinem,
żeby domyślić się, iż nie robili tego za darmo.
Do
takich wniosków doszła najwidoczniej także specjalna komisja sejmowa,
która po zbadaniu okoliczności afery alkoholowej wysunęła wniosek
postawienia przed Trybunałem Stanu osób odpowiedzialnych za luki w
prawie: ministra finansów Leszka Balcerowicza, prezesa GUC Janusza
Ćwieka oraz dwóch kolejnych ministrów spraw wewnętrznych: Czesława
Kiszczaka i Krzysztofa Kozłowskiego. Posłowie z komisji zarzucali
im tylko to, co można było udowodnić, czyli niedopełnienie obowiązków
i brak nadzoru. Mimo to Sejm odrzucił wniosek komisji
W
ten oto sposób utrwalił się mechanizm sprzyjający innym nadużyciom.
Skoro w ewidentnej aferze alkoholowej winnym politykom nie spadł włos
z głowy, to znaczy, że oni i ich następcy pozostają pod ochroną i
wolno im uchwalać inne korupcjogenne przepisy. Nic dziwnego, że wkrótce
wybuchały kolejne afery, np. paliwowa i walutowa. Straty budżetu wyliczono
na - w zależności od szacunków - od 800 do 1100 milionów zł. Podobną,
jeśli nie większą kwotę państwo straciło na fatalnych przepisach wykonawczych
do ustawy o podatku VAT. Powstało kilkaset firm wyspecjalizowanych
w wyłudzaniu tego podatku, tysiące innych firm traktowało to jako
dodatkowe źródło zysków.
W
tym samym czasie, w którym urzędnicy państwowi umożliwiali gangsterom
uzyskiwanie kolosalnych zysków, rolnicy grzebali fortuny z tytułu
lawinowo rosnącego oprocentowania kredytów, robotnicy tracili pracę,
a ubodzy, którym brakowało na zapłacenie czynszu, byli wyrzucani na
bruk. Politycy - osobiście zainteresowani w tworzeniu klasy średniej
- klasami niższymi nie zaprzątali sobie głowy. Wszystko w zgodzie
z niemal religijnym zaklęciem o przedsiębiorczości, niewidzialnej
ręce rynku itp.
Zatopienie
Stoczni Gdańskiej
Podczas
wizyty prezydenta Wladimira Putina Aleksander Kwaśniewski mówił, że
Polska znana była w Rosji przede wszystkim z wódki, wędlin i kosmetyków.
Nie zająknął się nawet, że znakomita część statków, kiedyś radzieckiej,
a potem rosyjskiej floty, wybudowana była rękoma polskich stoczniowców
ze Stoczni Gdańskiej. Polski Prezydent jedyne, co pamiętał ze swojego
kraju, to wódka i kiełbasa. Zapomniał o ludzkim trudzie trzech pokoleń
stoczniowców gdańskich, dzięki którym mógł zostać tym, kim jest. I
dzisiaj ani Prezydenta Kwaśniewskiego, ani kolejnych premierów, ani
nawet Prezydenta Wałęsy nie interesuje, że to miejsce, od którego
zaczęły się polskie przemiany, zostało nie tyle sprzedane za bezcen,
ile po prostu rozkradzione. W biały dzień, za wiedzą, przyzwoleniem,
a niekiedy nawet z poparciem polskich elit politycznych.
Pamiętamy
wszyscy, jak premier Rakowski w 1988 roku ogłosił Rakowski decyzję
o likwidacji Stoczni Gdańskiej. Jaki wtedy podniósł się krzyk w obronie
stoczni, jak gwałtownie zareagowała cała ówczesna podziemna opozycja.
Dziś ci sami opozycjoniści nie protestują, gdy tysiące stoczniowców
są na bruku, a garstka cwaniaków zrobiła na symbolu Solidarności interes
życia.
17
grudnia 1990 roku rząd premiera Mazowieckiego podjął uchwalę, że jako
zadośćuczynienie za niezgodne z prawem ogłoszenie likwidacji stoczni
w 1988 roku, 13 procent akcji prywatyzowanego przedsiębiorstwa zostanie
oddane w ręce załogi. Sprawiedliwe to i słuszne. Praktyka pokazała,
że było to tylko mydlenie oczu ludziom, którzy wtedy jeszcze wierzyli,
że Solidarność powstała i rządzić będzie po to, żeby nie było więcej
kłamstwa i korupcji w rządzie.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Sprawa
bardzo głośna, sprawa symbolu Solidarności, sprawa Stoczni Gdańskiej.
Rano,
kiedy zabierałem głos, tu z trybuny sejmowej, kiedy wczoraj powiedziałem
o tym, że tu siedzą ludzie winni, żachnął się, obraził się jaśnie
były marszałek Płażyński. Stał na baczność, nie wiem, czy przede mną
- to dziękuję, panie marszałku, jeżeli przede mną. Ale stanął na baczność,
nie wiedział, co ma zrobić. A akt oskarżenia, drodzy państwo, jest
w prokuraturze. Ta prokuratura siedzi cicho oczywiście. Po co? Stocznia?
Przecież Lepperem trzeba się zająć, po co stocznią, jej i tak już
nie ma, a Lepper jeszcze bruździ. Lepperem się zająć!
Oskarżeni:
Lewandowski Janusz, poseł na Sejm, Maciej Płażyński, poseł na Sejm
i Dariusz Kardaś, sędzia Sądu Rejonowego w Gdańsku, oskarżeni w tej
sprawie. I co prokuratura robi? Nic nie robi.
Po
co ma coś robić? I tak stoczni już nie ma, i kolebki swojej nie ma
ten środek - bo ci też wywodzą się z tego ruchu, większość z nich,
i większość Samoobrony też z tego ruchu. Ci ludzie uczciwie uwierzyli
w Solidarność, nie tylko w hasła, uwierzyli, że komunizm trzeba obalić,
że trzeba wprowadzić nowy ustrój. I co? Szubrawcy szydzą sobie z ludzi.
Oni uratowali... Kolebki nie potrafili uratować, a chcą kraj ratować?
Jakie są straty, państwo wszyscy wiecie.
Juz
w 1991 roku Janusz Lewandowski, minister przekształceń własnościowych,
wydał rozporządzenie 3/91, do którego załącznik stanowił...quot;Regulamin
Nieodpłatnego Zbycia Części Akcji", precyzujący podział akcji
dla załogi. W rozporządzeniu tym minister Lewandowski zarządził, że
akcje należą się stoczniowcom polskim, ale muszą oni poczekać do 1994
roku. Czyli jeden obiecał w świetle jupiterów, że oto nowy rząd naprawi
krzywdy wyrządzone pracownikom stoczni, a drugi, już po cichu, odwlókł
naprawę krzywd o kolejne cztery lata, wiedząc, że sytuacja stoczni
jest zła. Pracownicy stoczni czekali na realizację kolejnych obietnic
wierząc, że ekonomiczna sytuacja ich przedsiębiorstwa poprawi się.
Nic takiego nie następowało. Był to wynik umyślnego działania kolejnych
zarządców stoczni, których celem było doprowadzenie zakładu do ruiny,
żeby można było użyć argumentu, że nic z nim nie można zrobić, tylko
sprzedać po kawałku. A ludzie? A ludzie znajdą sobie inną robotę.
Albo nie znajdą. W końcu co biznesmenów obchodzi, co się stanie z
ludźmi.
A
była szansa powstrzymania upadku Stoczni Gdańskiej. W 1992 roku Fundacja
Naukowo-Techniczna przedstawiła plan ratowania stoczni i wyciągnięcia
jej z kryzysu. To był kompleksowy plan obejmujący nie tylko projekt
finansowania budowy statków, ale też szkolenie oraz trening kadry
kierowniczej i marketing. Nikt z zarządu nie przejął się tym dokumentem,
a już na pewno nie brał go pod uwagę minister Lewandowski. Miał wtedy
inne zajęcia. Ale nie zapomniał o stoczni. Dalej realizował długofalowy
plan rozłożenia tego przedsiębiorstwa na łopatki.
3
września 1993 roku Lewandowski podpisuje umowę z Maciejem Płażyńskim,
wtedy wojewodą gdańskim. W dokumencie tym przekazuje swoje wszystkie
pełnomocnictwa na jego ręce. Poza zwykłymi ustaleniami o przekazaniu
pełnomocnictw, zwraca uwagę paragraf 3 umowy, w którym napisano, że
Płażyński ma obowiązek składania co kwartał sprawozdań o podejmowanych
czynnościach wobec stoczni. Woje- woda nie uczynił tego ani razu!
Świadczy to nie tylko o tym, że od początku Ptażyński całkowicie lekceważył
prawo nałożone przez ministra, ale również o tym, iż z kolei ministra
nie interesowało to, co się dzieje z tak ogromnym zakładem pracy na
Wybrzeżu. I nie może Płażyński się usprawiedliwiać, że nic o tym nie
wiedział, że zapomniał albo że miał inne sprawy na głowie. Bo jakie
inne ważniejsze sprawy mogły zaprzątać reprezentanta rządu w Gdańsku,
jeżeli nie możliwość pracy i zarabiania pieniędzy przez 20 tysięcy
łudzi, bo tylu właśnie osobom dawała pracę Stocznia Gdańska? O umyślnie
szkodliwym działaniu Macieja Płażyńskiego niech świadczy dokument
z 3 listopada 1993 roku - stanowisko Rady Nadzorczej Stoczni Gdańskiej
skierowane do wojewody. Podpisany pod dokumentem profesor Jerzy Doerffer,
przewodniczący Rady Nadzorczej, nie zostawia suchej nitki na zarządzie
Stoczni Gdańskiej.
Mimo
opracowania i określenia zadań 1993 roku (...) Zarząd Stoczni nie
podjął skutecznych kroków umożliwiających realizację tych planów (...)
Świadczy to albo o bardzo niskim poziomie planowania albo też o braku
dyscypliny w Stoczni. (...) Uwag Rady Nadzorczej o narastającym zagrożeniu
wykonania planu roku 1993 Zarząd nie przyjmował do wiadomości. (...)
Zdaniem Rady, Zarząd systematycznie traci zdolność operatywnego kierowania
stocznią w celu wyjścia z narastającego kryzysu. Strata brutto po
trzech kwartałach wyniosła 174 miliardy złotych".
Taki
dokument musiał wylądować na biurku Płażyńskiego i musiał on wiedzieć,
że sytuacja w stoczni jest kryzysowa. Nic nie zrobił. To dokument
dużej wagi, podpisany nie przez pierwszego lepszego urzędnika, lecz
przez człowieka z naukowym tytułem, wybitnego uczonego o światowej
renomie, piszącego w imieniu rady nadzorczej. Nieuwzględnienie tego
ostrzeżenia to nie zaniedbanie czy niewłaściwa ocena sytuacji. Trzeba
to nazwać po imieniu - to po prostu przestępstwo, za które Płażyński,
dziś wybitny działacz Platformy Obywatelskiej, nigdy nie odpowiedział.
W
1994 roku zrealizowano wreszcie obietnice solidarnościowych rządów
sprzed 5 lat i dano pracownikom stoczni akcje ich przedsiębiorstwa.
Ale nie dostali oni akcji, tylko świadectwa udziałowe; na jedno świadectwo
przypadało od 1000 do 5000 akcji po średniej cenie 10 zł za akcje
Było
już oczywiście za późno na wszystko. Można byłoby myśleć o ratowaniu
Stoczni i tysięcy miejsc pracy, gdyby wszyscy -pracownicy, administracja,
wojewoda gdański, ministrowie rządu RP i władze Stoczni Gdańskiej
- naprawdę pragnęli ratowania zakładu. Ale na tym zależało jedynie
pracownikom, ludziom pracy najemnej. W gabinetach panowie wiedzieli
już od dawna, że chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby zarobić na sprzedaży
stoczni jak najwięcej.
20
czerwca 1996 roku Zarząd Stoczni Gdańskiej wniósł o ogłoszenie upadłości
zakładu. Powoływał się w swoim wniosku na uchwałę Walnego Zgromadzenia
Akcjonariuszy nr 6/96. Trzyosobowy Zarząd skłamał. Dziesięciokrotnie
zaniżył wielkość majątku trwałego. To zbrodnicze kłamstwo, potem posłużyło
do wykupienia stoczni za śmieszne pieniądze. Sąd Rejestrowy w Gdańsku
ogłosił upadłość stoczni 8 sierpnia 1996 roku.
Od
tego czasu zaczęło się jawne i niczym nieskrępowane bezprawie. Zarówno
wniosek Zarządu o upadłość, jak i decyzję o ogłoszeniu upadłości,
sędzia komisarz Dariusz Kardaś przetrzymywał w tajemnicy przed opinią
publiczną do 1998 roku. Teraz już wiadomo dlaczego - bo decyzja sądu
o upadłości stoczni była bezprawna! Sędzia Kardaś wiedział, że postanowienie
o upadłości zawiera błędy prawne, które je dyskwalifikują. Ale nie
o błędy formalne tu chodzi. Idzie o to, że wtedy, gdy sąd podał wniosek
o upadłość, w Sądzie Gospodarczym w Gdańsku rozpatrywany był pozew
pracowników-akcjonariuszy o unieważnienie uchwały nr 6 Walnego Zgromadzenia.
Tej samej, na podstawie której Zarząd zgłosił wniosek o upadłość.
Nie jest możliwe, żeby Sąd Rejestrowy w Gdańsku, ogłaszający upadłość
stoczni, nie wiedział, że rozpatrywany jest wniosek akcjonariuszy
o unieważnienie aktu prawnego, na podstawie którego ogłoszona będzie
upadłość takiego ogromnego zakładu pracy. A mimo to upadłość uchwalono.
Sędzia
Kardaś nie tylko zataił decyzje prawne. Ustanowił również Radę Wierzycieli
Stoczni Gdańskiej bez uwzględnienia w Radzie przedstawiciela Funduszu
Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Nawet nie zawiadomił Urzędu
Pracy o zamiarze powołania takiej Rady. Sędziemu Kardasiowi musiało
bardzo zależeć, żeby nikt z Urzędu Pracy nie reprezentował interesów
pracowników.
23
lutego 1998 roku Wojewódzki Sąd Gospodarczy w Gdańsku unieważnia Uchwałę
Walnego Zgromadzenia Wspólników nr 6, która decydowała o upadłości.
I nic się nie dzieje. Żaden sędzia nie zechciał przywrócić stanu sprzed
niesprawiedliwych wyroków, żaden sędzia nie zrobił nic, by ratować
stocznię, żaden sędzia nie miał na tyle poczucia sprawiedliwości,
żeby naprawić krzywdy wyrządzone stoczniowcom.Przeciwnie, dalej brnięto
w błędy i oczywiste kłamstwa prawne. Wyznaczony przez sąd syndyk Michał
Lachert złożył na jego miejsce powołano nowego syndyka, który nie
ma umocowania prawnego, a w dokumentach prawnych w dalszym ciągu powołuje
się na nazwisko Lacherta, co czyni nieważnymi wszelkie akty prawne.
Może
mi ktoś zarzucić, że odwołuję się do argumentów uczuciowych, żeby
wzbudzić emocje ludzi. Jeżeli więc ktoś ma wątpliwości, to proszę:
oto słowa z uzasadnienia wyroku Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku o unieważnieniu
uchwały nr 6....quot;Z zapisów aktu notarialnego też nie wynika, aby
władze spółki w jakikolwiek sposób były przygotowane do działania
spółki w zakresie działania spółki w upadłości. Takie postępowanie
świadczy o pozbawieniu akcjonariuszy miejsc pracy i majątku, jakim
były akcje. Należy podkreślić, że Skarb Państwa posiadający większościowy
pakiet akcji nie był zainteresowany należytym i właściwym rozwojem
stoczni, nie reagował na sygnały, że jest źle od co najmniej 1993
roku, że może nastąpić utrata majątku. Podjęcie uchwały nr 6 było
odbiciem tolerowania bezradności i bezczynności, gdy rzeczywiście
zagrożony był byt spółki. (...) zaskarżona uchwała nr 6 została podjęta
z naruszeniem dobrych obyczajów kupieckich - godzi w interesy spółki,
krzywdząc przy tym akcjonariuszy. Bierność i bezwład władz spółki
to postępowanie nieetyczne".
Bardzo
łaskawy i oszczędny w słowach jest sąd w Gdańsku....quot;Postępowanie
nieetyczne" - tak określa przestępcze zaniechanie przez władze
jakichkolwiek sposobów ratowania miejsc pracy i majątku stoczni. Takimi
eleganckimi zwrotami kwituje fakt bezprawnego pozbawienia tysięcy
ludzi pracy, kłamstwa i traktowanie
Prawa
jak spluwaczki. Nazywajmy rzeczy po imieniu.
To
nie koniec przekretu.
Walka
o stocznię trwała bez przerwy. Z jednej strony zdesperowani ludzie,
którzy walczyli nie o bogactwa, a jedynie o miejsca pracy i o to,
by mogli godnie żyć z pracy własnych rąk, a z drugiej grupa pazernych,
chciwych i gotowych na wszystko kombinatorów zdecydowanych zamienić
stocznię na czek.
W
1996 roku powstaje Stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską, rok
później Społeczny Komitet Ratowania Stoczni i Przemysłu Okrętowego.
Opracowany jest plan ratowania zakładu. Grupa banków nazywana G-12
oferuje 640 milionów zł dogodnie oprocentowanych kredytów, opracowany
jest cały plan finansowania pracy, dający jej szansę przetrwania i
rozwoju. W tej sprawie 28 lipca 1998 roku złożono u sędziego Kardasia
list intencyjny. W dokumencie tym informowano o planach ratowania
stoczni, planach mających szansę powodzenia. Sędzia Kardaś ogłuchł.
Nie zareagował. Nie zrobił nic. Dlaczego? Dlatego, że celem jego działania
było nie ratowanie stoczni, ale przygotowanie jej do sprzedaży. Co
ciekawe, plan ratowania stoczni poparł syndyk Michał Lachert, i musiał
odejść.
Wszystko
robiono, byle tylko jak najszybciej sprzedać zakład. Ostatecznie stocznię
sprzedano ją 3 grudnia 1998 roku. Nabywcą była Trójmiejska Korporacja
Stoczniowa. To bardzo dziwny twór. 95 procent udziałów ma w nim Stocznia
Gdynia, 4 procent Evit Progres, spółka developerska, czyli zajmująca
się budownictwem, a l procent - Janusz Banach. Korporacja przestaje
istnieć 3 grudnia 1998, a 2 grudnia powstaje w Radomiu spółka Syner-gia
99 o kapitale założycielskim 4 tysiące zł.
Stocznia
Gdańska zostaje kupiona przez Stocznię Gdynia S.A., w której udziały
mają panowie Szlanta, Kierkowski i Buczkowski. Są oni we władzach
spółki Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny S.A. Tereny Stoczni Gdańskiej
Stocznia Gdynia przekazuje spółce...quot;Synergia" 99. To jawna
kpina! Nieznana spółka z niewielkiego miasta dostaje we władanie tereny
warte miliony dolarów.
Nawet
ten, co ma gębę pełną frazesów o prawach robotników, co stoi na czele
największego związku zawodowego Solidarność, czyli Marian Krzaklewski,
też cynicznie zlekceważył krzyk rozpaczy ludzi, którzy niczego innego
nie chcieli jak tylko pracy i chleba. Mam w ręku dokument, w którym
zwracają się do niego przewodniczący Solidarności Stoczni Gdańskiej
i przewodniczący Społecznego Komitetu Ratowania Stoczni Gdańskiej,
prosząc o dotrzymanie danej przez Krzaklewskiego obietnicy o powołaniu
zespołu mającego opracować dla premiera Buźka propozycję powstrzymania
procesu sprzedaży stoczni. Krzaklewski nie zareagował. Związkowiec!
4
stycznia 2001 roku minister skarbu Aldona Kamela-Sowiń-ska podpisuje
zgodę na nabycie akcji spółki Synergia 99 przez dwie amerykańskie
firmy. Oto jak się dokonuje z mocy prawa wyprzedaży majątku narodowego
w obce ręce. Trzech cwaniaków: Szlanta, Kierkowski i Buczkowski biorą
jak swoje tereny stoczni.
W
czasie, gdy trwała agonia zakładu, państwo polskie zapłaciło około
70 milionów dolarów za statki zbudowane w stoczniach zagranicznych.
Te 70 milionów dolarów dałoby Stoczni Gdańskiej możliwość oderwania
się od dna. Nikt z polityków nie kiwnął nawet palcem. Na bruk poszło
ponad 7 tysięcy osób.
Trzeba
wreszcie otwarcie powiedzieć ludziom, bo oni mają prawo wiedzieć,
kto ponosi odpowiedzialność za to, że dzisiaj, po 12 latach wolnej
Polski, nie mają pracy w stoczni, nie mogą utrzymać swoich rodzin
i zostali sprowadzeni do roli niepotrzebnego balastu.
Najwyższa
Izba Kontroli jasno stwierdziła, że odpowiedzialność za pierwsze decyzje
o likwidacji stoczni gdańskiej w 1988 roku ponoszą komunistyczni dygnitarze.
A za niedoprowadzenie do prywatyzacji, tolerowanie zaniechania przez
Zarząd Spółki działań efektywnościowych i restrukturyzacyjnych, w
tym niewykorzystanie opracowań i ekspertyz dotyczących stoczni, wykonanych
przez firmy doradcze, opłacane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy,
odpowiada Janusz Lewandowski. Dzisiaj poseł PlatFormy Obywatelskiej,
który ma czelność pouczać innych z trybuny sejmowej, jakie to wyrzeczenia
musi ponieść społeczeństwo, żeby w kraju było lepiej. Ten, który ludzi
doprowadził do upodlenia i skrajnej nędzy, teraz zadowolony z siebie
sprzedaje recepty wierząc, że nikt w Gdańsku nie zapamięta jego przestępczych
działań przeciwko kolebce Solidarności.
Za
zaniechanie nadzoru właścicielskiego i brak zainteresowania sprawami
spółki oraz spóźnione działania w celu znalezienia strategicznego
inwestora odpowiada Wiesław Kaczmarek. Arogancki i butny człowiek,
mający za gorszych tych, którzy nie zgadzają się z jego zdaniem.
Był
czas, gdy stocznia była symbolem upadku komunizmu, zwiastunem, niepodległości
i godności kraju. Tam był początek wolnego kraju, nowych nadziei i
godności ludzi pracy. Ta stocznia wylansowała i zapoczątkowała wielkie
kariery polityczne Wałęsy, Mazowieckiego, Geremka, Kuronia, umocniła
wiarę w Michnika.
Dzisiaj
Stocznia jest w agonii. Już nawet nie słychać krzyku rozpaczy tysięcy
ludzi bez pracy i godności. Tak naprawdę słyszą ten krzyk tylko ci,
którzy chcą i umieją słuchać najbiedniejszych. A ci, którzy na plecach
stoczniowców wjechali na salony władzy i wiedzie się im dobrze, żyje
dostatnio, są głusi na ten krzyk. Dramat przeżywa tylko załoga przedsiębiorstwa,
dzisiaj zdziesiątkowana, okaleczona przez kłamliwych i niegodziwych
przywódców Solidarności.
Z
początkiem lat 90. majątek Stoczni szacowano na 500 milionów dolarów.
W wolnej Polsce sprzedano ją za grosze, oddano w łapy trzech cwaniaków
z Gdyni,
Polska
powinna się wstydzić. Do stoczniowców strzelano, bito ich, upokarzano
przez długie lata totalitarnego systemu. Bezskutecznie. Dziś udało
się rozstrzelać ich ekonomicznie tym wszystkim politykom, którzy odwróceni
są do stoczni plecami.
Przekręt
w Fabryce Samochodów Małolitrażowych.
Krok
po kroku, systematycznie i z żelazną determinacją, Polska i Polacy
są okradani przez swoje elity polityczne. Nikt z tych, którzy niegdyś
nawet dość ofiarnie walczyli o wolność, dziś nie zająknął się na temat
tego, że ich kraj jest rozdrapywany przez bezwzględnych zagranicznych
biznesmenów i cynicznych Polaków, mocą swojej władzy decydujących
o losie polskiego społeczeństwa.Pisałem, jak zniszczono Stocznię Gdańską.
Pisałem
o tym z bólem i wściekłością, bo zniszczono nie tylko miejsce pracy
tysięcy ludzi i ich rodzin, ale zniszczono symbol wolnej Polski. Chcę
teraz opowiedzieć, jak kilku ludzi ciągiem przestępczych działań pozbawiło
polskiego podatnika niewyobrażalnych sum pieniędzy. Sprawcy tych przestępczych
czynów dzisiaj z sejmowej trybuny mają czelność pouczać innych o moralności,
powadze urzędu, zarzucać innym kłamstwa. Trzeba naprawdę nie mieć
sumienia, żeby myśleć, że ludzie w Polsce nie będą im pamiętali działalności
na rzecz obcego kapitału i wyprzedaży Polski. Celem działań tej przestępczej
grupy stała się Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Następna
sprawa - Fabryka Samochodów Małolitrażowych FSM Bielsko-Biała. I Olechowski
- ten obrażony, nie wiadomo, z jakiego powodu pani minister Piwnik
występuje w jego obronie. Prokurator broni go. Fabrykę sprzedano za
grosze. Z budżetu do-placono do tego 5,4 miliona zt. Zobowiązania,
gwarancje data Rada Ministrów. I co? Podpisano wtedy, jest to przestępstwo,
jest to niedopuszczalne, umowę sporządzono w języku angielskim. Mało
który z ministrów wtedy znał język angielski, ale ówczesny minister
finansów, właśnie nie kto inny, tylko Olechowski podpisał tę umowę.
Podpisał i nic - odpowiedzialności żadnej.
Jak
wiadomo, Fiata sprowadziła do Polski ekipa Władysława Gomułki w 1968
roku. I wtedy pewnie były jakieś nadużycia i korupcja. Ale tak naprawdę,
Włosi zrobili złoty interes dopiero teraz - w III Rzeczpospolitej,
gdzie udało im się trafić na ludzi nie tylko chciwych, ale i całkowicie
pozbawionych zasad.
W
1990 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego zamienia FSM na spółkę Skarbu
Państwa, a we wrześniu 1991 roku Rada Ministrów wyraża zgodę na zbycie
akcji Włochom w szczególnym trybie, czyli bez oglądania się na ustawę
o prywatyzacji. Miesiąc po tym Janusz Lewandowski Lewandowski, minister
przekształceń własnościowych, podpisuje Olechowski z Fiatem list intencyjny,
a 20 maja 1992 roku ówczesny minister finansów w rządzie Jana Olszewskiego
- Andrzej Olechowski podpisuje akceptację umowy. Osiem dni później
swe podpisy składają sam premier i wspomniany minister. Jest jeszcze
jeden człowiek, wart wspomnienia, który też podpisuje się pod tym
dokumentem. To Zbigniew Piotrowski - przewodniczący Rady Nadzorczej
FSM S.A. Już wkrótce, tym razem jako osoba prywatna, skasuje 5,4 miliona
zł od Skarbu Państwa za...quot;opracowanie koncepcji prywatyzacyjnej".
Nie wiem, czy jest jeszcze jeden taki kraj, w którym równie jawnie
korumpuje się urzędników państwowych.
Ale
wróćmy do Andrzeja Olechowskiego, wielkiego polityka Platformy Obywatelskiej,
kandydata na prezydenta, który tak ładnie mówił o walce z korupcją
w swoim programowym przemówieniu w finale kampanii prezydenckiej.
20
maja, gdy Olechowski podpisywał protokół uzgodnień do Umowy Definitywnej,
nie mógł nie znać treści umowy z Fiatem przygotowanej przez jego kumpla,
Janusza Lewandowskiego. A treść tej umowy była czymś niesłychanym
w historii polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Przewidywano cały
szereg ulg, przywilejów i preferencji (zwolnienia celne, podatkowe,
kontyngenty bezcłowe), jakie Skarb Państwa lekką rączką Lewandowskiego
oddał Włochom.
Trzeba
jasno stwierdzić, że minister Lewandowski przekroczył swoje kompetencje.
Nie miał prawa ani upoważnienia do wyboru sposobu prywatyzacji FSM
według własnego widzimisię. Nie miał też prawa gwarantować włoskiemu
gigantowi ochrony ze strony rządu dla działalności Fiata w Polsce.
Rada Ministrów upoważniała Lewandowskiego, a później Olechowskiego
do działań, nie znając praktycznie stopnia zaawansowania rozmów między
stroną polską a włoską. Obaj ministrowie cieszyli się ogromnym zaufaniem
polskiego rządu. Obaj ministrowie zaufania tego nadużyli w sposób
przestępczy i kryminalny.
Liczący
ponad 900 stron projekt umowy nie był w ogóle poddany ocenie wyspecjalizowanych
komórek prawnych organów administracji państwowej. To oburzające,
oczywiście, ale prawdziwym kryminałem było to, że projekt tej tak
ważnej dla kraju umowy sporządzony w języku angielskim i włoskim został
przedstawiony rządowi na ledwie kilkanaście godzin przed obradami
Rady Ministrów, na których miała zapaść decyzja o podpisaniu umowy
z Fiatem. Jest oczywiste, że żaden z ministrów nie mógł rzetelnie
poznać tego dokumentu. Widać na tyle panowie ministrowie ufali Olechowskiemu
i Lewandowskiemu, że zaakceptowali podsunięty im dokument bez żadnych
uwag! W umowie, oprócz ogromnych strat Skarbu Państwa, które pociągały
za sobą wspomniane ulgi i zwolnienia, znalazły się też ustalenia dotyczące
ochrony środowiska, jednoznacznie niekorzystne dla Polski. Rada Ministrów
na tyle wierzyła Olechowskiemu, że poleciła centralnym organom państwowym
podjęcie działań umożliwiających wykonanie umowy.
Popatrzmy,
co takiego było w umowie, którą tak skrupulatnie przygotował Janusz
Lewandowski, a podpisał jego kolega Andrzej Olechowski, obaj opierając
swoje działania na kłamstwie i łamaniu prawa.
Umowa
nakazywała Polakom odraczać Fiatowi płacenie cła, udzielać ulg w płatnościach,
przyznawać 35 procent samochodów kontyngentowych, zobowiązywała też
Polskę do zwracania Włochom wszelkich kar nałożonych na nich za zanieczyszczenie
środowiska, a także zwalniała ich z obowiązku zatrudniania pracowników,
którzy odeszli z zakładu, bo zostali powołani do wojska, lub kobiet
po urlopach macierzyńskich. To skandal i niesłychane zupełnie warunki.
Olechowski i Lewandowski zgodzili się na warunki, które zwykło się
stosować wobec podbitych w konflikcie zbrojnym krajów! Jak łatwo Olechowski
podpisał się pod urągającym wszelkim normom ustaleniom pozwalającym
na pozbawianie pracy kobiet, które właśnie urodziły dzieci. On, demokrata
i zwolennik rodziny, fotografujący się z wnuczką na przedwyborczych
afiszach.
Niedopuszczalny
jest też zapis w umowie, iż prawem, które reguluje wszelkie sporne
kwestie, jest prawo szwajcarskie. Pomyłka? Nie.
Olechowski
po prostu chronił interesy swoich mocodawców, bo zastosowanie szwajcarskiego
prawa w praktyce uniemożliwiało rozstrzyganie sporów i - co ważniejsze
- uniemożliwiało renegocjację umowy. Włosi zabezpieczyli się na wszelkie
sposoby. Ale nie byłoby to możliwe bez pomocy i służalczości pana
ministra Olechowskiego.Olechowski w imieniu Skarbu Państwa przyjął
zobowiązanie, że włoskiej firmie będą wypłacane odszkodowania za nie
odpowiadające Włochom decyzje polityki wewnętrznej lub zagranicznej.
Tym samym złamał Konstytucję, najważniejszy akt prawny Rzeczpospolitej.
Nikt go z tego nigdy nie rozliczył.
Dlatego
instytucje kontrolujące stwierdziły jednoznacznie, że Andrzej Olechowski
działał nielegalnie, a uchwały Rady Ministrów, wprowadzone przez Olechowskiego
są niezgodne z prawem, czyli nieważne. Bo przede wszystkim Rada Ministrów
ma obowiązek zapewnić swymi działaniami ochronę interesów państwa.
Skarb
Państwa zobowiązał się decyzją Olechowskiego do przejęcia wszystkich
długów FSM, a było tego 17 bilionów starych złotych, co oczywiście
narusza ustawę o zobowiązaniach podatkowych. Ale jeśli Olechowski
łamał Konstytucję, na którą przysięgał jako minister, to mógł też
bezkarnie złamać zwykłą ustawę.
Co
ciekawe, umowa została utajniona, część dokumentacji była nawet przechowywana
w prywatnym mieszkaniu. Czyżby Andrzejowi Olechowskiemu zależało na
tym, żeby społeczeństwo nie dowiedziało się, jaki pasztet przygotował
podatnikom, którzy ze swoich kieszeni musieli zapłacić za nieprawne,
przestępcze działania pana ministra?
Policzono,
ile kosztowała nasze państwo samowola Olechowskiego, jego kłamstwa
i mataczenie. 20 bilionów 326 miliardów starych złotych, czyli 2,3
miliarda nowych złotych. Z jednego zakładu! Decyzją jednego tylko
człowieka!
Ministerstwo
Finansów samo ponaglało Urzędy Skarbowe, by odraczały terminy płatności
Fiata Auto Poland. Dysponuję dokumentami, które udowadniają, że np.
Urząd Skarbowy w Bielsku--Białej w latach 1991-1993 odroczył włoskiej
firmie spłatę 211 723 234 złotych.
W
grudniu 1993 roku Skarb Państwa posiadał we wszystkich spółkach Katowskich
w Polsce nie mniej niż 10 procent udziałów, wkrótce jednak, na skutek
podniesienia kapitału przez Włochów, utracił wszelkie uprawnienia,
a także stracił 357 miliardów starych złotych, które były wkładem
gotówkowym za owe wspomniane 10 procent.
Olechowski,
pytany potem przez prasę o swoje...quot;zasługi", bez żenady najpierw
zwalał winę na poprzedników, czyli Janusza Lewandowskiego, a potem
bagatelizował sprawę, mówiąc, że gdyby nie on, łaskawca, to FSM by
upadła. Mówił, że uważa tę urągającą wszelkim normom i poczuciu sprawiedliwości
umowę za sukces. To dopiero zakłamanie!
Jest
chyba rzeczą oczywistą, że takie działanie nie mogło ujść bezkarnie.
Doniesienie do prokuratury w Warszawie zostało zwrócone do prokuratury
w Bielsku-Białej, choć dla każdego prokuratora musiało być jasne,
że nie gwarantuje to bezstronności postępowania. Prokuratura Wojewódzka
w Katowicach, gdzie w końcu wylądowało doniesienie o przestępstwach
przy restrukturyzacji FSM, umorzyła postępowanie...quot;wobec braku
znamion czynu zabronionego" (!).
Trzy
związki zawodowe złożyły zażalenie na to oburzające postanowienie
katowickiej prokuratury. Tam wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy,
a może po prostu przestraszono się wzbierającego gniewu ludzi i sprawę
od 1996 roku prowadzi Prokuratura Wojewódzka (obecnie Okręgowa) w
Warszawie.
W
1997 roku prasa podała, że uzyskała potwierdzenie z prokuratury, iż
w najbliższym czasie zostaną postawione zarzuty Andrzejowi Olechowskiemu.
To zrozumiałe i oczekiwane posunięcie polskich organów ścigania. W
każdym innym kraju człowiek, który naraził Skarb Państwa na tak ogromne
straty, który okłamał Radę Ministrów, którego działania przy sprzedaży
majątku narodowego nosiło wszelkie cechy oszustwa i lekceważenia prawa,
taki człowiek, powtarzam, w każdym innym kraju stanąłby przed sądem.
Oczekiwałem więc tego samego i w Polsce. I nic się nie działo. Tymczasem
nic się nie dzieje do dzisiaj. Olechowski spokojnie kandydował na
prezydenta, zmieniał partie jak rękawiczki, publicznie opowiadał,
że jest człowiekiem do wynajęcia, czym budził niesmak nawet u najbardziej
doświadczonych polityków, wreszcie założył Platformę Obywatelską,
do której ściągnął polityków z partii, które przez ostatnie 4 lata
doprowadziły Polskę na skraj upadłości. PO to grupa cynicznych graczy
politycznych, liczących na ludzką łatwowierność, udających niewinnych
i dopiero rozpoczynających karierę ludzi o czystych rękach. A jakie
czyste ręce może mieć Olechowski, który doprowadził do niekorzystnego
rozporządzenia państwowym majątkiem, Płażyński winien rozkładu Stoczni
Gdańskiej, czy Lewandowski, którego ręce są unurza-ne po łokcie w
nieczystych prywatyzacjach, w bezrobociu całych wsi i miast polskich?
Fiat
po wakacjach podatkowych, jakie zafundowali mu polscy politycy liberałowie,
tak ustawił sobie wskaźniki obliczania dochodów, że wykazuje tylko
straty i... nie płaci w Polsce podatków. Nikt chyba w to nie uwierzy,
jeżeli popatrzy na wskaźniki sprzedaży samochodów osobowych w Polsce,
gdzie Fiat niezmiennie plasuje się na czołowych miejscach od lat.
Jeżeli
krzyczę o rozkradaniu, wyszarpywaniu Polski po kawałku wykazuję, że
nie są to jednostkowe sprawy, że mamy do czynienia z trwałym i zakorzenionym
w polskim życiu politycznym zjawiskiem moralnego gnicia polskich elit
politycznych, opieram się na faktach. A z faktami ciężko dyskutować.
Nieubłaganym faktem jest dziwna zmowa milczenia, jaka zapadła wokół
Andrzeja Olechowskiego. Czy to nie zastanawiające, że po doniesieniach
prasowych, potwierdzonych informacjach o bliskim postawieniu zarzutów
Olechowskiemu, zapada milczenie. Prokuratura nic nie robi, Olechowski
kontynuuje karierę polityczną. Rzecznik Praw Obywatelskich, profesor
Tadeusz Zieliński, w grudniu 1993 roku wystosował do Waldemara Pawlaka,
ówczesnego premiera, pismo, by ten zainteresował się przebiegiem prywatyzacji.
Znalazł się tam charakterystyczny fragment:...quot;(...) zdecydowałem
się na przedstawienie sprawy Prezesowi Rady Ministrów, Pani Hannie
Suchockiej, prosząc o zainteresowanie się przebiegiem prywatyzacji
FSM S.A. w Bielsku-Białej, budzącej wiele emocji wśród pracowników
tych Zakładów. Na skierowane do pani Premier pismo z dnia 21 września
1993 r. nie otrzymałem odpowiedzi.
"Odpowiadał
rzecznikowi nie premier, widocznie miał za mało czasu, tylko minister
przekształceń własnościowych. Był nim wtedy nie kto inny jak Janusz
Lewandowski, ten sam, który przygotował ową haniebną umowę. Lewandowski
próbował wyjaśniać, że pracownicy FSM nie dostali akcji spółki, bo
miały one...quot;wartość ujemną". Żałosne próby okłamania profesora
Zielińskiego spaliły na panewce. Nic z nich nie wyszło, bo Rzecznik
Praw Obywatelskich nie przyjął tych pokrętnych tłumaczeń.
Słyszałem
już wielokrotnie argumenty, że obrany sposób prywatyzowania czy resktrukturyzacji
FSM był jedynie słuszny, bo ratował zakład przed bankructwem, a ludzi
przed zwolnieniami. To nieprawda. Bzdurą jest, że nie było lepszych
kontrahentów niż Fiat. Kontrahenci byli, tylko może nie dawali tak
łatwo zarobić? Zachowanie miejsc pracy to dla mnie bardzo poważny
argument. Ale zastanawiam się nad tym, ile miejsc pracy można by stworzyć,
uruchamiając w polskiej gospodarce ponad 20 bilionów starych złotych?
Powiem
jeszcze raz, żeby nikt nie miał wątpilwości - Andrzej Olechowski powinien
za swoje niezgodne z prawem działania przy restrukturyzacji Fabryki
Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej stanąć przed trybunałem
Stanu. W żadnym innym kraju taki ktoś nie mógłby funkcjonować w polityce
czy jakiejkolwiek działalności publicznej. Jego kariera byłaby raz
na zawsze skończona. U nas, przy milczącej aprobacie kumpli liberałów
ze wszystkich partii i ugrupowań, Olechowski kandyduje na prezydenta,
dostaje propozycje wzięcia teki premiara. Ludzie, obudźcie się!
Nabici
w rurę.
Gdyby
udało nam się popatrzeć na Polskę z bardzo wysoka, to łatwo zobaczymy,
że jest przecięta na pół ciemną kreską rurociągu jamalskiego, Wielką
Rurą, przeciągniętą w wyniku kontraktu stulecia, jak nazywa się go
w oficjalnej propagandzie. A tak naprawdę to jeden z największych
przekrętów w III RP, złoty interes dla międzynarodowej grupy oligarchów
finansowych. To również pomnik niekompetencji i złej woli rządzących
tym krajem chciwych ludzi o mentalności niewolników, z różnych zresztą
obozów politycznych - od lewicy do prawicy. Co najgorsze, oprócz tego,
że podpisywali oni niekorzystne dla Polski umowy, za które będziemy
przez długie lata płacili wszyscy, na każdym kroku dawali dowody pogardy
dla zwykłych ludzi, na których można nie zwracać uwagi, można bezkarnie
deptać ich prawa oraz pozbawiać ich ziemi i domów. Historia, jak do
tego doszło, jest kolejną opowieścią o degeneracji i skudleniu polskich
elit politycznych.
W
1992 roku Rosja zażądała od Polski natychmiastowej zapłaty za dostarczany
naszemu krajowi gaz. To były duże kwoty i spełnienie żądań strony
rosyjskiej zachwiałoby i tak już niestabilnymi finansami państwa.
Wtedy pojawiła się prywatna Gudzowaty spółka Bartimpex i jej prezes
Aleksander Gudzowaty. Bartim-pex złożył propozycję, że będzie pośrednikiem
w zakupie rosyjskiego gazu, a w zamian zagwarantuje odroczenie opłat
nawet na rok. Strona polska przystała na to z radością, nie bacząc,
że w ten sposób mała prywatna spółka uzależnia od siebie ogromne przedsiębiorstwo
Państwowe Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Szkoda, że nikt się wtedy
nie zastanawiał, jakie ma koneksje i czyj interes reprezentuje Bartimpex.
Liczyła się tylko doraźna korzyść.
Pod
koniec tego samego roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów, obradujący
pod przewodnictwem wicepremiera Goryszewski Goryszewskiego, przyjmuje
opracowany przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu...quot;Raport w sprawie
dostaw gazu ziemnego do 2010 roku." W tym ochoczo przyjętym dokumencie
uznano, że zapotrzebowanie Polski na gaz ziemny będzie wzrastać co
roku i dojdzie do 45 miliardów metrów sześciennych rocznie. To było
kłamstwo. Wiem, co mówię - kłamstwo, a nie pomyłka czy niedopatrzenie.
Skąd wzięła się taka ilość gazu, którą podważają i podważali wszyscy
liczący się polscy i zagraniczni eksperci? Otóż ówczesny minister
przemysłu i handlu, Klemens Ścierski, otrzymał takie właśnie dane
od mało znanej organizacji Energy Restructu-ring Group. Wyliczenia
tych ekspertów urzędujących za polskie pieniądze w hotelu Mariott
poparło PGNiG.
Poparcie
udzielone przez tak poważną instytucję państwową dla każdego ministra
musi być istotnym i ważkim argumentem. Nie wyobrażam sobie jednak,
żeby minister nie wiedział, że Andrzej Brach, jeden z dyrektorów PGNiG
jest ściśle powiązany prywatnymi interesami ze stroną rosyjską. I
nie były to interesy z gatunku najczystszych. Andrzej Brach był między
innymi członkiem władz spółki, która dysponowała nieruchomościami
należącymi do ambasady Federacji Rosyjskiej. W budynkach tych, położonych
w najlepszych punktach Warszawy, przez co wartych ogromne pieniądze,
mieściły się różne rosyjskie instytucje, spółki i przedstawicielstwa,
co do których gazety wysuwały przypuszczenia, że są ekspozyturami
rosyjskich służb specjalnych. Nikogo nigdy nie bulwersowało, jak to
jest możliwe, że na czele państwowej instytucji odpowiadającej za
dysponowanie strategicznym surowcem energetycznym, jakim jest gaz
ziemny, może stać człowiek, który w innej spółce dba o interesy obcego
kraju. Minister Ścierski z trybuny sejmowej w dobrej wierze opowiadał
dyrdymały, że już za kilka lat Polska będzie miała ogromne zapotrzebowanie
na gaz ziemny, a wniosek z jego opowieści był jeden: trzeba jak najszybciej
porozumieć się z kimś, kto ma gazu pod dostatkiem, może nam go sprzedać
i na tym zarobić. Takim kimś była Rosja, nasz tradycyjny dostawca
tego surowca.
25
sierpnia 1993 roku, podczas wizyty prezydenta Rosji Borysa Jelcyna,
zostaje podpisane...quot;Porozumienie między rządem Federacji Rosyjskiej
a rządem Rzeczypospolitej Polskiej o budowie systemu gazociągów dla
tranzytu gazu rosyjskiego przez terytorium RP i dostawach gazu rosyjskiego
do Rzeczypospolitej Polskiej". Ze strony polskiej podpisał ten
dokument Henryk Goryszewski, wicepremier odpowiadający w rządzie Hanny
Suchockiej za sprawy gospodarcze. To kuriozalny dokument. Miesza się
w nim pogarda dla obowiązującego w Polsce prawa z całkowitym lekceważeniem
interesu ekonomicznego Polski i zgodą na praktyczne podporządkowanie
naszego kraju gospodarczemu dyktatowi mocarstwa zza wschodniej granicy.
Inaczej mówiąc, Gorysz-ewski podpisał dokument szkodliwy dla kraju,
w którym z woli wyborców sprawował władzę.
W
punkcie drugim tego dokumentu stwierdzono, iż do realizacji budowy
gazociągu powołana zostanie spółka akcyjna, której założycielami będą
rosyjski Gazprom i PGNiG, które obejmą po 50 procent akcji. Polskie
prawo wyraźnie stwierdza, że założycieli spółki akcyjnej powinno być
co najmniej trzech. 23 września dołączyła zatem do tej spółki pod
nazwą Europolgaz, na wniosek strony rosyjskiej, kolejna spółka -Gaz
Trading. Istotną role w tej spółce odgrywał Bartimpex i jego prezes
Aleksander Gudzowaty. Bartimpex wchodził w ten interes jako firma,
której PGNiG było winne niemal bilion starych złotych. Popatrzmy:
w rzekomo równoprawnej dla obu stron spółce 48 procent udziałów objęło
rosyjskie konsorcjum Gazprom, 48 procent PGNiG, na czele którego stoi
człowiek reprezentujący interesy państwa rosyjskiego w innej spółce,
i 4 procent Gaz Trading, czyli Bartimpex, który jeśli nie reprezentował
stanowiska rosyjskiego, to w najlepszym wypadku myślał wyłącznie o
własnym zysku. Gdzieś zginęła w tym wszystkim sprawa podstawowa: co
z tego kontraktu będzie miała Polska, co z tego będą mieli zwykli
ludzie? Odpowiedź jest prosta: nic. Bo urzędnicy państwowi, którzy
w założeniu powinni odpowiadać za reprezentowanie interesów kraju,
ani przez chwilę nie myśleli tymi kategoriami. Najlepszym dowodem
na to jest punkt 5 porozumienia:...quot;Strona polska gwarantuje swobodny
tranzyt gazu przesyłanego w ramach niniejszego Porozumienia i nie
będzie podejmować działań, które mogłyby utrudnić transport gazu dostarczanego
dla przesyłania od punktu zdawczo-odbiorczego na granicy biało-rusko-polskiej
do punktów zdawczo-odbiorczych na granicy polsko -niemieckiej. (...)
W przypadku niedotrzymania z winy Strony Polskiej lub firmy operatora
gwarancji dotyczących tranzytu, Strona Rosyjska ma prawo obniżyć wielkości
dostaw gazu dla Strony Polskiej".
Nie
ma w tym punkcie mowy o jakichkolwiek opłatach ze strony rosyjskiej
za przesyłanie gazu przez terytorium naszego kraju. Wylicza się tylko
obowiązki Polski dla zapewnienia gwarancji bezpiecznego transportu
do Europy Zachodniej rosyjskiego gazu. Ich niespełnienie to kary -
będziemy dostawać mniej gazu. Gdyby zwykły biznesmen podpisał z kontrahentem
umowę, w której nie zagwarantowałby swojej spółce zysków z interesu,
do którego przystępuje, to akcjonariusze mieliby pełne prawo podać
go do sądu, a ten skazałby go za działanie na niekorzyść spółki. Henryk
Goryszewski, Andrzej Brach i Aleksander Fin-dziński do dziś nie odpowiedzieli
przed żadnym trybunałem. A co do tego, że umowa była niekorzystna
dla Polski, nie ma przecież żadnych wątpliwości. Można się zastanawiać,
czy na to, że Goryszewski podpisywał tak szkodliwą dla naszego kraju
umowę międzynarodową, miał wpływ fakt, że jego zięć od dłuższego już
czasu zajmował się przestępczą działalnością, o której doskonale wiedziały
rosyjskie służby specjalne, i poinformowały o tym Goryszewskiego.
W zamian za milczenie być może na krótki moment podpisywania dokumentu
zaproponowano mu oślepnięcie? Taki przebieg wypadków sugerowali mi
ludzie, którym mogę ufać.
Wydaje
się rzeczą zrozumiałą, że właściciel tak ogromnego gazociągu, czyli
rosyjski Gazprom, płaci za przesyłanie gazu stronie polskiej odpowiednio
duże kwoty. Ale nie w tym przypadku. Według danych będących w moim
posiadaniu, Gazprom płaci jakieś śmieszne sumy za tranzyt gazu. A
nie można wykluczyć, że strona polska w ogóle nie pobiera żadnych
opłat tranzytowych. Mówił o tym publicznie wiceprezes PGNiG - Janusz
Tokarzewski na sympozjum w Bydgoszczy, w kwietniu 1997 roku. Gdyby
wszystko było jak należy i gdyby twórcy kontraktu stulecia mieli czyste
sumienia, to raczej nie ukrywaliby przed społeczeństwem wysokości
kwot, jakie powinny wpłynąć do państwowej kasy za to, że Europa Zachodnia
będzie zasilana rosyjskim gazem, przepływającym przez polskie ziemie.
Jednak na pytania, ile Polska zarobi na dostawie gazu, odpowiedź jest
niezmiennie od lat taka sama: tajemnica handlowa. A przecież gdyby
Gazprom płacił tyle, ile wynoszą normalne, światowe stawki, a nic
nie stoi temu na przeszkodzie, to wpływy do polskiego budżetu wynosiłyby
po zakończeniu budowy obu nitek gazociągu 1,4 miliarda dolarów rocznie.
Tyle że Europolgaz i Bartimpex jakoś się nie chwalą. Dlaczego? Ekspertom
pozostawiam propozycję, na co można wydać tak ogromną sumę, sam też
mogę podrzucić kilka podpowiedzi. Może na stworzenie tysięcy nowych
miejsc pracy, może na lepsze wyposażenie wiejskich szkół, może na
pomoc tym, którzy żyją poniżej minimum socjalnego?
To
nie jedyna uprzejmość, którą Rosjanom wyświadczyli polscy urzędnicy
państwowi. Europolgaz został zwolniony z opłat celnych za importowane
rury, maszyny i urządzenia. O tym również mówił Janusz Tokarzewski.
Ile zatem kolejnych milionów dolarów darowano prawem kaduka zagranicznemu
kontrahentowi? Jeżeli my ich nie mamy, to gdzie się podziały? Zostały
rozkradzione - brzmi odpowiedź. Zapewniam: prędzej czy później winni
opisywanych przeze mnie machlojek i krętactw zostaną ukarani. Nastąpi
to prędzej, niż myślą.
Trasa
gazociągu prowadzi przez chłopskie pola, ale nikt nie zawracał sobie
głowy, by prawnym właścicielom ziemi zapłacić godziwe odszkodowania
- tak jak to się czyni w krajach Unii Europejskiej. Przy czym, co
warte podkreślenia, Europolgaz płacić powinien za ograniczenie prawa
własności ziemi, pod którą biegnie Wielka Rura. Nikt w Polsce o tym
nie mówi. Oficjalna propaganda wtłacza ludziom do głów, że polskiemu
rolnikowi należy zwrócić pieniądze wyłącznie za utracone w trakcie
budowy zbiory, szkody w wieloletnich uprawach czy zmniejszenie urodzajności
gruntów. Tymczasem na świecie płaci się przede wszystkim za ograniczenie
prawa własności oraz niebezpieczeństwo związane z gazociągiem. Jedna
awaria pociągnąć może za sobą poważne zagrożenia dla życia i zdrowia
ludzi z tych terenów. Doświadczenia innych krajów powinny dać do myślenia.
Nie zapominajmy też o jeszcze jednym, do tej pory lekceważonym zagrożeniu
-o terroryzmie. Po 11 września 2001 roku może ono dotknąć każdy kraj.
Nawet zwykłe mechaniczne uszkodzenie (perforacja) powierzchni gazociągu
może spowodować samozapłon gazu, a wtedy gazociąg pruje się jak poduszka
i pali wszystko na przestrzeni kilkuset metrów. Nie trzeba do tego
żadnych wymyślnych środków. Zgoda na taką rurę w swojej ziemi, to
zgoda na stałe zagrożenie życia swojego i swojej rodziny. A to wszędzie
na świecie ma swoją cenę.
W
Niemczech płaci się około 400 euro za każdy hektar urodzajnych gruntów
oddanych pod gazociąg. Nie chcę przez to powiedzieć, że żądamy, by
każdy właściciel pola, na którym Europol-gaz w imieniu Gazpromu układa
wielkośrednicowe rury, dostawał do ręki tysiące dolarów gotówką. Samoobrona
żąda, by oprócz wysokich odszkodowań dla właścicieli gruntów taki
potentat finansowy jak Gazprom dał pieniądze przede wszystkim gminom,
przez które przebiega nitka gazociągu. Pieniądze przeznaczyć można
przede wszystkim na kształcenie młodzieży wiejskiej, na infrastrukturę
gminną, na opiekę zdrowotną, wreszcie na odtworzenie uszkodzonych
systemów melioracyjnych oraz zniszczonych ciężkim sprzętem dróg i
pól. Byłyby to wymierne korzyści dla wszystkich mieszkańców. Cywilizacyjny
awans. Być może wtedy błogosławionoby Gazprom i wszystkich związanych
z tą inwestycją.
W
1997 roku ówczesny prezes Europolgazu pisał:...quot;W przypadku budowy
gazociągów wysokiego ciśnienia nie wypłaca się żadnego odszkodowania
z tytułu ograniczenia prawa własności gruntów. Właściciele otrzymują
tylko nieznaczne kwoty za tzw. czasowe zajęcie gruntów, szkody w uprawach
wieloletnich i zniszczenie gleby i skały macierzystej". Proszę,
jakie to dla niego oczywiste - nie płacić rolnikom żadnych pieniędzy,
a jeżeli już, to najwyżej rzucić ochłap. Jaka w tych słowach pogarda
wielkiego pana dla maluczkich!J
eżeli
nawet nie można w krótkim czasie wprowadzić reguł obowiązujących w
krajach Unii, to może chociaż warto by było zwrócić uwagę na pismo
Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Na pytanie o wysokość opłat,
UKIE odpowiedział, że...quot;opłata taka mogłaby być kalkulowana jako
określony procent wartości gruntu, na którym dokonywana była inwestycja
i waloryzowana corocznie o wskaźnik inflacji, a więc możliwe byłoby
uwzględnienie w tym zakresie rozwiązań przyjmowanych przy analogicznych
inwestycjach w państwach Unii Europejskiej". Czyli można coś
zrobić . Dla pana Adamczyka jednak jest to niemożliwe. Żałuje rolnikom
ze skąpstwa, czy tylko broni interesów rosyjskiego partnera?
Polscy
rolnicy, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na drodze gigantycznej
rury, traktują robotników Gazpromu jak okupantów i wandali. I mają
ku temu podstawy.
Próby
przeciwstawienia się wielkiej międzynarodowej firmie kończą się fatalnie:
ludzie są szczuci psami, bici przez wynajętych ochroniarzy, strzelają
do nich polscy policjanci wykonujący rozkazy władzy, żeby rozpędzić
hołotę, która ma czelność dopominać się o swoje. To nie są gołosłowne
stwierdzenia. To fakty. Tak właśnie wyglądało rozbijanie blokad protestacyjnych.
Samoobrona nie może pozostać obojętna na przejawy lekceważenia polskich
obywateli i dlatego wspiera ich w obronie ich praw. Warto pamiętać,
że gdy w maju 1997 roku protestowali mieszkańcy kilku wsi w okolicach
Włocławka, w polskiej prasie zapanowała dziwna zmowa milczenia, przełamana
dopiero wywiadem udzielonym przeze mnie polonijnej gazecie z USA.
Zwolennicy
gazociągu nie przebierają w środkach. Na zwykłych ludzi mają groźby
i zastraszanie. Na trochę ważniejszych mają to, na czym znają się
najlepiej - pieniądze. Mecenas Edward Wende, poseł i znany moralista,
zjawił się w redakcji tygodnika Solidarność zaraz po tym, gdy pismo
rozpoczęło cykl artykułów na temat przekrętów w kontrakcie stulecia.
Wende zaproponował w imieniu Gudzowatego wyciszenie sprawy. Są na
to świadkowie. Nie wątpię, że Gudzowatego stać było by na zapłacenie
każdej sumy, skoro na kampanię wyborczą Lecha Wałęsy w 1995 roku wyłożył
2 miliony złotych. Teraz opowiada o swoim przywiązaniu do lewicy i
tam szuka ochrony i wspierania jego interesów.
Kontrakt
stulecia jest przekrętem stulecia. Nie pierwszym i nie ostatnim z
tych, które zmontowały przez ostatnie 12 lat tzw. elity polityczne
Polski. Ich machlojki, błędne decyzje i nadużycia ozdabiają najnowszą
historię niepodległej Polski. Ludzie w naszym kraju powinni się bogacić.
Ale nigdy społeczeństwo nie dawało nikomu przyzwolenia, żeby bogacić
się kosztem krzywdy zwykłych ludzi. Jeżeli dwaj złodzieje chcą się
wzajemnie okradać, to proszę bardzo, ale Samoobrona nie pozwoli, żeby
kilku milionerów mnożyło swoje majątki, doprowadzając na skraj ubóstwa
tysiące ludzi.
Inne
lewe interesy polityków.
Nie
wszyscy politycy mieli możliwość wpływania na przepisy -tak, żeby
odnieść wymierne, szeleszczące korzyści. Ci, którzy z racji zajmowania
niższych stanowisk mogli tylko zazdrościć rozzuchwalonym kolegom i
towarzyszom partyjnym, postanowili nie patyczkować się, tylko wejść
w biznes bez pośredników.
W
roku 1990 dzisiejsi obrońcy prawa i sprawiedliwości -bracia Jarosław
i Lech Kaczyńscy, powołali spółkę Telegraf. Na kapitał spółki złożyły
się pieniądze pochodzące z przedsiębiorstw państwowych, m. in. krakowskiego
Banku Przemyslo-wo-Handlowego i Budimeksu (w którym państwo miało
wówczas 51 procent udziałów). Dołożyły się też prywatne firmy, np.
Art B. Prezesi spółki, Bagsik i Gąsiorowski, twierdzili, że pieniądze,
które włożyli w Telegraf, miały ich ochronić przed wścibstwem policji,
UOP, fiskusa czy nadzoru bankowego.
Telegraf
- spółka, która miała się zajmować dosłownie każdego rodzaju działalnością
gospodarczą - w rzeczywistości przygotowywana była do tego, żeby się
stać zapleczem finansowym Porozumienia Centrum - wówczas jednego z
dwóch najsilniejszych ugrupowań politycznych prawicy. Aby zaplecze
to było bardziej funkcjonalne, działacze PC Jarosław Kaczyński, Maciej
Zalewski (znany już z afery Art B), Sławomir Siwek i Adam Glapiński
powołali Fundację Prasową Solidarności. A tak na marginesie - konstrukcja
prawna i finansowa fundacji była wówczas ulubioną przez polityków
formą aktywności biznesowej. Zwolnienia podatkowe, możliwość manipulowania
dotacjami i darowiznami, brak szczegółowych procedur kontrolnych -
wszystko to sprawiało, że największe szwindle odbywały się pod przykrywką
fundacji. Nie inaczej było z Fundacją Prasową Solidarności - na dobry
początek dostała w dzierżawę biurowiec położony w centrum Warszawy.
Na wynajmowaniu kilkunastu pomieszczeń fundacja zarabiała dwa razy
więcej, niż musiała płacić gminie za dzierżawę całego budynku. Oczywiste
pytanie - dlaczego te pieniądze nie mogły trafiać bezpośrednio na
konto gminy? - było, wówczas poczytywanie jako zamach na demokrację,
wolność gospodarczą i przedsiębiorczość założycieli fundacji. Nieliczne
ataki na ten czytelny dla wszystkich przekręt Porozumienia Centrum
odbierane były jako polityczna agresja.
Mimo
doniesień prasowych, złotym interesem PC nie zainteresowała się prokuratura
i nie pociągnęła nikogo do odpowiedzialności. Skandal wybuchł dopiero
wtedy, gdy wydało się, że fundacja pożyczyła Porozumieniu Centrum
800 tysięcy zł, a partia nie zwróciła odsetek, które zdążyły narosnąć
do kwoty 900 tysięcy. Dla sądu, który rozpatrywał tę sprawę, nie był
to jednak wystarczający powód do tego, aby kogokolwiek skazać!
Zasada,
którą PC wykorzystało jako jedna z pierwszych partii politycznych,
zaczęła obowiązywać powszechnie. Coś, co kiedyś nazywano spółkami
nomenklaturowymi, i wzbudzało zrozumiale oburzenie, w nowych warunkach
politycznych i własnościowych osiągnęło wymiar akceptowanej reguły.
Polegała ona na kompletnym pomieszaniu pieniędzy publicznych z prywatnymi.
Im ktoś bardziej umiał wymieszać, tym stawał się zamożniejszy. Cwaniacy
zdobywali fortuny, a państwo schodziło na psy.
Bo
czym było kupowanie po korzystnym kursie akcji towarzystwa ubezpieczeniowego
Polisa przez żony znanych polityków lewicy, jeśli nie próbą wymieszania
pieniędzy prywatnych z publicznymi? Jak nazwać bezczelną akcję ministra
Glapińskiego, któremu zamarzyła się zależna od prawicy sieć stacji
benzynowych, jeżeli nie skokiem na kasę? Glapiński czuł się tak pewnie,
iż nie bał się podpisać pod pisemnym poparciem dla włoskiej firmy
Italco, która wraz z PC miała zbudować naftową potęgę partii. Zresztą
to, co nie udało się Glapińskiemu w roku 1991, powiodło się 9 lat
później -w nieco innych warunkach. Powstała Telewizja Familijna, obecnie
Puls; na to niezwykle kosztowne i finansowo ryzykowne przedsięwzięcie
zrzuciły się państwowe firmy (m. in. PZU, Kombinat Górniczo-Hutniczy
Miedzi i PKN Orlen) zarządzane przez menedżerów związanych z prawicą,
a czasem wręcz od prawicy zależnych. Telewizja Puls pomyślana została
jako tuba propagandowa prawicy. Przy okazji, w tak kapitałochłonnej
inwestycji jak stacja telewizyjna, politycy określani mianem...quot;pampersów"
(Wiesław Walendziak, Waldemar Gasper i inni) mieli nadzieję znaleźć
dla siebie dobrze płatne posady. Niewykluczone, że później chcieli
przejąć część udziałów i czerpać zyski wielokrotnie większe. Niestety,
noga im się powinęła. Coś, co w przeszłości służyło im za parawan
lewych interesów, czyli niewidzialna ręka rynku, tym razem okazało
się bezlitosne. Właśnie wąski i wy drenowany rynek reklam powoli prowadzi
Puls na skraj bankructwa.
Inna
afera, której rozmiarów finansowych jeszcze nie oceniono, to prywatyzacja
PZU. Najstarszym i największym polskim towarzystwem ubezpieczeniowym
z woli polityków Akcji Wyborczej Solidarność rządzili dwaj - jak ich
ironicznie określano -...quot;lekarze bez granic" Władysław Jamroży
i Grzegorz Wieczerzak. Obaj cieszyli się zaufaniem i poparciem takich
tuzów prawicy, jak ministrowie skarbu: Emil Wąsacz i Andrzej Chronowski.
Pieniądze uzyskane ze sprzedaży PZU tylko w części miały zasilić budżet
państwa. Bokiem miały pójść wielkie sumy na kolejne kampanie wyborcze
organizowane przez prawicę. Gdy zbliżał się nieuchronny koniec rządów
AWS, prywatyzacja PZU nabrała niezwykłego przyspieszenia. W ferworze
kłótni, o jak największy kawałek tortu wyszła na jaw - jak szybko
ją nazwano - największa afera gospodarcza dziesięciolecia: niegospodarność
w PZU. Wieczerzaka zamknięto za kratkami, a z informacji, które skąpo
docierają do opinii publicznej, już dziś można sądzić, że w potocznym
określeniu nie było żadnej przesady. Oto Wieczerzak, który jako prezes
potężnego PZU Życie obracał setkami milionów złotych, przekazywał
je w małej części na swoje prywatne konto, a w większej - na rachunki
spółek ściśle związanych z prawicą. Na przykład agencje reklamowe
Marka Budzisza ("pampers", doradca Walendziaka) czy Pawła
Ciacha (rzecznik prasowy MSW, człowiek wicepremiera Janusza Tomaszewskiego)
dostawały z PZU Życie fikcyjne zlecenia na takie sumy, o jakich zwykłym
ludziom się nie śniło. Kasa PZU szła też na przedsięwzięcia, za którymi
stał senator, a później również minister Chronowski, oraz poseł AWS
Zygmunt Berdychow-ski. Nikt im nie postawił żadnego zarzutu. Oni po
prostu tylko brali pieniądze, a branie to przecież nic takiego, nawet
jeśli rujnuje państwową firmę.
Afery
są fundamentem, na jakim wyrosły fortuny polskich krezusów. Opowiadałem
o tych największych, ale przecież okradano państwo, jak tylko się
dało, na każdym kroku. Ilustracją tej tezy niech będą dokumenty, które
mam przed sobą.
Peakes
- przedsiębiorstwo państwowe, na którym w 1997 roku położyło łapę
ZChN. Pierwszym posunięciem nowego Zarządu była tzw. korekta uposażeń.
Korekta ta dotyczyła tylko zarządu -i tak: prezes ustalił swoją pensję
na 35 tysięcy zł, wiceprezes - na 27 tysięcy zł, a dyrektorzy biur
- na 15 tysięcy. Za tak gigantyczne płace zarząd doprowadził Pekaes
do ruiny finansowej. Aby zatrudnić nowego dyrektora Pekaes-Transport
w Pruszkowie, zarząd wynajął firmę doradczą. Spośród kilku kandydatów
wybrano jednego, którego po trzech miesiącach wyrzucono z hukiem za
nieudolność i niegospodarność. Za ową fuszerkę firma doradcza Amis
dostała 37 tysięcy złotych.
We
wrześniu 2001 roku prezes państwowego przedsiębiorstwa Pekaes S.A.
Albert Borowski i członek zarządu Andrzej Wawer Lisiecka- zawarli
umowę o dzieło z niejaką Bożeną Lisiecką-Zając, wysoką urzędniczką
Ministerstwa Finansów. Pani ta przeprowadziła wykład autorski na temat:
...quot;Zmiany w ustawie o rachunkowości" i zainkasowała za to
60 tysięcy zł! Za jeden wykład! To był tylko początek, bo dwa miesiące
później zlecono tej samej pani przeprowadzenie seminarium na temat"
...quot;Dokumentacja zasad rachunkowości w świetle znowelizowanej ustawy
o rachunkowości". Pani Lisiecka-Zając napisała na rachunku, jaki
wystawiła firmie Pekaes SA, że odbyły się cztery zajęcia poświęcone
temu tematowi. I za to Pekaes zapłacił Lisieckiej kolejne 40 tysięcy
zł! Państwowych pieniędzy. W tym samym czasie Pekaes zwalniał kolejnych
ludzi, likwidował linie autobusowe, walczył o zmniejszenie strat,
jakie przynosi budżetowi państwa.
Ile
takich firm jest jeszcze w całej Polsce, z których cienkimi strumyczkami
wyciekają finanse naszego państwa?
Nie
wierzę w zapewnienia tych prawników, którzy twierdzą, że korupcji
praktycznie nie da się udowodnić. Do dawania i brania łapówek musiałby
się przyznać dający i biorący, a najlepiej, żeby był jeszcze świadek...
Bzdura. Jeśli nie ma dowodów, to wyrok sądu powinien się opierać na
mocnych poszlakach, bo przecież prokuratorzy raczej nie spędzają czasu
na siedzeniu pod stołem i patrzeniu, jak przechodzą tam pieniądze
z ręki do ręki. Tymczasem utarło się, że politycy są niewinni z definicji,
nawet jeżeli już dziecko by orzekło, że taka to a taka decyzja musiała
być powzięta z...quot;poparciem" finansowym. Polityk nie może
odpowiadać tylko przed Bogiem i historią; w każdym dniu sprawowania
władzy powinien czuć, że gdy władze tę straci, zostanie rozliczony
z każdej błędnej i podejrzanej decyzji.
Pobłażliwość
dla polityków zwiększa ich bezczelność. Już nie muszą działać w białych
rękawiczkach, podstawiać żony do zakupu akcji Polisy (jak Kwaśniewski
i Oleksy) ani zaprzeczać posiadaniu udziałów w banku (jak Jan Krzysztof
Bielecki).
Dziś
politycy mówią otwartym tekstem. Marian Krza-klewski wręcz obiecywał
swoim ludziom, że po zdobyciu władzy w roku 1997 będzie miał do obsadzenia
4 tysiące państwowych posad. Cztery lata później Krzysztof Janik głośno
mówił o tysiącu etatów. Czy ktoś wyczul w ich zapowiedziach troskę
o państwo oraz jego obywateli? Czy też słychać było wyłącznie pazerność
i nadzieję na dorwanie się do państwowej kasy?
Im
się wydaje, że tak będzie zawsze. Gdy mówię, że kiedyś skończą się
takie praktyki i że państwo będzie oznaczać państwo, a prawo - prawo,
wyśmiewają mnie i wskazują na przestępcę Leppera, którego jedyną zbrodnią
jest nazywanie rzeczy i ludzi po imieniu.
Śmiejcie
się, śmiejcie, żeby wam tylko ten śmiech pewnego dnia nie zamarł na
ustach.
Drogi
Czytelniku,
Czy
znasz taki kraj na świecie, w którym gry liczbowe (TOTO, TOTO-LOTEK,
TOTALIZATOR) i kasyna gry nie przynoszą dochodu?
Otóż
jest taki kraj. Nazywa się Polska! I chociaż brzmi to niewiarygodnie,
straty za 2001 rok wyniosły w samym Toto-Lotku 120 milionów złotych,
a wszystkie kasyna gry, podobnie jak supermarkety były deficytowe.
Dlaczego?!!!
Dlaczego
dajemy się okradać?!!!
strona tytułowa                                         
następna strona
 drukuj
|