|
BALCEROWICZ MUSI ODEJŚĆ
Warszawa, 2002
To
nie zemsta, to nie moja osobista niechęć czy nienawiść do jednego
człowieka, to głęboko uzasadniony postulat, wynikający z troski, ale
i obawy o Polskę, staczającą się w otchłań nędzy, podziału społeczeństwa
na malutką grupkę bogaczy oraz tłum nędzarzy - coraz bardziej zdesperowanych
i zrozpaczonych. Na końcu tej równi pochyłej może być tylko jedno:
ogromny, niekontrolowany wybuch społecznego sprzeciwu, którego nikt
już nie powstrzyma. Balcerowicz musi odejść, bo jego dalszy wpływ
na politykę gospodarczą skończy się bratobójczym konfliktem i rozlewem
polskiej krwi. Jeżeli on sam tego nie rozumie, wpatrzony ślepo w swoją
nieludzką doktrynę ekonomiczną, to trzeba mu to uświadomić.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Te
fakty o bankach, o tej nieludzkiej stopie procentowej, upoważniają
mnie, żeby postawić oskarżenie. Taki wniosek skierujemy do organizacji
międzynarodowych o ściganie Balcerowicza jako zbrodniarza, o ściganie
jego jako winnego zbrodni ludobójstwa z przyczyn ekonomicznych. Taki
wniosek skierujemy. Z pełną odpowiedzialnością, po 1989 roku 3 tysiące
ludzi, więcej niż przedtem, popełnia w Polsce samobójstwa. 3 tysiące
- ileż to ludzi. Miloszević, Afganistan, Jugoslawia cala, zbrodnia
ludobójstwa. Tak. Lata 50. w Polsce - zbrodniarze zabijali ludzi.
Tak, m.in. o takich charakterach jak ten jeden, który powiedział,
że my z gnoju jesteśmy, z gnoju przyszliśmy. Tacy byli ludzie. Było
widać tego zbrodniarza. Dzisiaj też widać, kto strzela, ale tego zbrodniarza,
który zaciska pętlę ekonomiczną ludziom na szyi, nie widać. On to
robi w białych rękawiczkach, za przyzwoleniem części Wysokiej Izby,
zawsze, niestety, większości. Robi to bardzo skutecznie od 12 lat,
mamiąc nas tym na początek, że będzie inaczej, będzie lepiej: to pól
roku, to rok, to najwyżej 2 lata i wszystko się zmieni. Nic się nie
zmienia. I ten człowiek, który jest winny śmierci tylu ludzi, ma się
dobrze. On się ma dobrze. On kpi sobie w żywe oczy z całej Polski,
z całego polskiego narodu. Kpi, bo ma poparcie głowy państwa, która
też uczestniczy w tym właśnie mordzie na narodzie polskim.
Najgorsze
jest to, że nie mamy do czynienia z człowiekiem, który chce dobrze,
ale błądzi. Balcerowicz wie, musi wiedzieć, że przynosi szkodę całemu
krajowi, że miliony ludzi przez jego politykę nie mają co jeść, nie,
źle powiedziałem - żreć nie mają co. Używani takiego słowa, bo nędza,
w którą zepchnął ich Balcerowicz i jego ludzie, doprowadza do stanu
zezwierzęcenia, jak zawsze wtedy, gdy potrzeby są zredukowane do minimum,
a nawet poniżej tego minimum.
Niech
zdychają - mówi Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych.
Nie
można traktować rolników w specjalny sposób tylko dlatego, że są producentami
żywności - twierdzi Balcerowicz i zaraz potem dodaje cynicznie: należy
wystrzegać się poprawiania sytuacji materialnej jednej grupy ludności
kosztem reszty społeczeństwa. Oto profesor Balcerowicz, miłośnik demokracji
i równego traktowania ludzi! Dla niego postulaty wyciągnięcia ludności
wiejskiej ze skrajnej nędzy prowadzą do społecznej niesprawiedliwości.
Nie wiadomo, śmiać się, czy płakać! Raczej płakać, że pozwolono, by
bezduszność jednego człowieka, jego bezwzględne decyzje doprowadziły
do ruiny polską wieś.
Co
stało na przeszkodzie, żeby transformację ustrojową na polskiej wsi
po 1989 roku przeprowadzić ewolucyjnie i z korzyścią dla naszego rolnika?
Odpowiadam: nic. 80 procent ziemi uprawnej w Polsce było w 1989 roku
w rękach prywatnych, polski rolnik był przygotowany mentalnie do wyzwań
wolnego rynku, na takich samych zasadach, jakie obowiązują w innych
krajach europejskich. Można było podjąć wysiłek restrukturyzacji i
modernizacji całego rolnictwa. Ale Balcero-wicz nie dał tej szansy.
Zastosowano
wszystkie instrumenty wymuszające bankructwo Państwowych Gospodarstw
Rolnych - pod koniec 1990 roku zniesiono cła importowe na wszystkie
najważniejsze artykuły żywnościowe, cofnięto wszystkie dotacje dla
rolnictwa i podniesiono z dnia na dzień oprocentowanie kredytów zaciągniętych
w przeszłości, w zupełnie innych warunkach gospodarczych.
Pegeery
zaczęły padać jak muchy - mniej z powodów ekonomicznych, a bardziej
politycznych. Ich pracownicy, przywiązani do jednego miejsca pracy
poprzez mieszkanie zakładowe, nagle tracili pracę i - co gorsza -
większość z nich nie była w stanie znaleźć nowej pracy. Rolnicy indywidualni
jeszcze próbowali walczyć o utrzymanie się na powierzchni, ale bezskutecznie
- odsetki od zaciągniętych kredytów niszczyły ich gospodarstwa w ciągu
kilku miesięcy, czasem udało im się przetrwać kilka lat. A przecież
można było pegeerowską ziemię rozdać rolnikom indywidualnym. Wiem,
że wielu z nich zgłaszało się z propozycjami zakupu lub dzierżawy
ziemi. W pierwszych kilku latach transformacji jednak indywidualnym
rolnikom w większości wypadków odmawiano. W zamian proponowano dzierżawę
całych obiektów pegeerowskich. To przecież nic innego jak próba tworzenia
wielkoobszarowych gospodarstw rolnych. Nikt nie zastanawiał się nad
kompletnym idiotyzmem takiej polityki. O nieopłacalności wielkoobszarowych
gospodarstw rolnych w Polsce, ale i w Europie, wie już byle uczeń
po średniej szkole rolniczej. Nikt z liberałów nie odpowiada na pytanie
o kierunek rozwoju polskiego rolnictwa, ich koncepcją jest brak koncepcji.
Wszystko ma rozwiązać tak ukochana przez nich niewidzialna ręka rynku.
I rozwiązuje - eliminując najsłabszych, bo polski rolnik bez pomocy
państwa jest słaby, zwłaszcza w porównaniu ze wspomaganymi przez system
dopłat rolnikami Unii Europejskiej.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Wszyscy
widzimy, jaki jest stan polskiego rolnictwa, nie trzeba za dużo mówić,
ale powiedzmy sobie w końcu kilka słów prawdy na temat stanu naszego
rolnictwa. Kto wmawia Zachodowi, przedstawicielom Unii, że polskie
rolnictwo jest zacofane, że rolników w Polsce jest za dużo, że gospodarstwa
są za małe? Wmawiają ci, którzy od lat siedzą na tej sali, najważniejszej
sali w kraju, wykazują się tutaj indolencją, nieznajomością tematu.
Jeżeli ktoś mówi dzisiaj, że w Polsce mamy 2100 tysięcy rolników,
to odsyłam go... niech się najpierw nauczy się czytać, bo mówić umie,
ale bzdury opowiada. Nie mamy 2100 tysięcy gospodarstw rolnych. Wiedząc
o tym, że taksówkarz ubezpieczył się w KRUS-ie, możemy tak mówić.
Z danych Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego wynika, ilu mamy
rolników: 1400 tysięcy jest ubezpieczonych rolników i domowników -
tylko tylu. W tym 1,6 średnio w przypadku gospodarstwa. Wychodzi więc
nam, że gospodarstw typowo rolniczych mamy około 800-900 tysięcy.
Nie
dwa miliony. I niech przestaną te bzdury powtarzać w Brukseli ci,
którzy tam jeżdżą. Apeluję do tych, którzy tam jeżdżą: nie mówcie
takich bzdur, bo później ich się stawia w sytuacji bardzo wygodnej.
Mówią oni: za dużo rolników, musicie zmniejszyć ich liczbę. Jeżeli
ktoś mówi, że jesteśmy zacofani jako rolnicy, to niech sam się dokształci.
Są tacy mądrzy jak poseł Marczewski, były funkcjonariusz ZOMO, umiejący
dobrze trzymać pałkę, który powiedział do nas, posłów Samoobrony:
z gnoju wyszliście, z gnoju tu przyszliście, nie wiecie, co to jest
Sejm. Wyborcy, zapamiętajcie to: my z gnoju, ci z gnoju głosowali
na posłów siedzących po tej stronie sali, ci z gnoju, pracownicy byłych
pegeerów, spółdzielni produkcyjnych, rolnicy głosowali na was. (...)
My, polscy rolnicy, w 1990 roku byliśmy na świecie pierwszym producentem
owoców miękkich, warzyw, jabłek, żyta i ziemniaków. I ktoś mówi, że
jesteśmy zacofani. Drugie, trzecie miejsce w produkcji pszenicy, buraków
cukrowych, w produkcji lnu, rzepaku - zacofani jesteśmy, tak? Czwarte,
piąte miejsce w produkcji żywca wieprzowego, wolowego, drobiu, baraniny,
mleka i tak dalej. Kto jest zacofany? Tam, gdzie wy jeździcie, jak
powiedziałem, pokazują wam świecidełka, piękne zakłady, wydajność
dużą i wy wpadacie w jakąś euforię. Nie wiem, co się z wami tam dzieje.
Tak jak powiedziałem, im częściej tam jeździcie, tym głupsi stamtąd
wracacie. Nie jedźcie tam więcej, nie jedźcie tam, bo szkodzi ta Bruksela,
na wzrok i na słuch szkodzi, nie trzeba tam jeździć więcej.
Jeszcze
o jednej sprawie nie chce pamiętać Leszek Balcero-wicz: że rolnictwo
to nie tylko gałąź gospodarki, którą można opisać wskaźnikami czysto
ekonomicznymi. To również źródło pracy. Zniszczenie rolnictwa zaowocowało
ogromnym strukturalnym bezrobociem na polskiej wsi. I nie ma wyjścia
z tego zaklętego koła, bo zniszczenie rolnictwa spowodowało to, że
polscy chłopi, nie mając żadnych, ale to żadnych środków, utracili
możliwość inwestowania nawet na najmniejszą skalę. nego więc, że według
spisów rolnych, około 2 miliony hektarów ziemi - naszej polskiej ziemi
- leży odłogiem. Nikt jej nie uprawia, a jednocześnie na wsi jest
tylu bezrobotnych. Przecież to jakiś koszmarny sen! Polska z każdym
rokiem staje się w coraz mniejszym stopniu samowystarczalna w zakresie
produkcji żywności. Wskaźnik samowystarczalności wynosił dla Polski
w 1989 roku 105 procent, a obecnie jest o 20 procent mniejszy. Czy
Balcerowicz tego nie widzi? Ależ widzi. Polski przemysł rolny importuje
coraz więcej surowców zza granicy. Teraz. A co będzie, kiedy wejdziemy
do Unii Europejskiej na warunkach wymuszonych przez Brukselę?
Polskie
rolnictwo umiera. Popatrzmy na suche liczby: w 1990 roku w gospodarstwach
rolnych było 10049 tysięcy sztuk bydła, a w 1999 już tylko 6150 tysięcy,
trzody chlewnej w 1990 - 19464 tysięcy sztuk, a w 1999 roku 16512
tysięcy sztuk, owiec w 1990 - 4159 tysięcy, a dziewięć lat później
już tylko 330 tysięcy. I Balcerowicz śmie mówić o rozwoju kraju?!
W warunkach, w których wieś, gdzie zamieszkuje prawie 10 procent ogółu
Polaków, stała się przez decyzje Balcerowicza wylęgarnią bezrobotnych,
sfrustrowanych i nie mających żadnych perspektyw ludzi? Polityka Balcerowicza
to skazywanie na śmierć tych, którzy nie potrafili sprostać wymaganiom
XIX-wiecznego bezwzględnego kapitalizmu, jaki w Polsce stworzył Leszek
Balce-rowicz. Nic nie zawinili, niczego nie chcą oprócz sprawiedliwości,
nie żądają niczego innego, jak tylko stworzenia im możliwości utrzymania
siebie i swojej rodziny z pracy własnych rąk.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Drugi
problem to uderzenie w główny dział w gospodarce, w budownictwo. Też
to mówiłem na spotkaniu z tym panem, jegomościem winnym tej całej
sytuacji - Balcerowiczem. Mówiłem, że będzie uderzenie w budownictwo,
i co dzisiaj mamy? Oddajemy 1/6 tych mieszkań, jakie budowano w najlepszych
latach. Ja sobie zdaję sprawę z tego, że tamte mieszkania, te 300
tysięcy mieszkań rocznie, były w większości niedobre, była to wielka
płyta, byty to klatki z betonu, zgadza się. Ale do dzisiaj te klatki
z betonu służą ludziom jako mieszkania. Co by było, gdyby nie było
tych klatek z betonu? Było to złe, trzeba było zmieniać technologię,
trzeba było stawiać inne mieszkania, ale na pewno nie niszczyć. Tak
samo jak nie niszczyć pegeerów, bo - wracając do tego - dla samej
idei te pegeery zostały zniszczone. Okazało się, że ci ludzie, którzy
doszli do władzy po 1989 roku na plecach rolników i robotników, powiedzieli:
krowy są czerwone, trzeba je wyrżnąć, rzepak czerwony rośnie na polach,
a nie na żółto kwitnie, nie wolno go siać itd., itd. W myśl tej zasady
zniszczyli kraj, zniszczyli dokładnie kraj.
Budownictwo
i rolnictwo to rozwój wszystkich innych działów w gospodarce. Te dwa
działy wykończono na pierwszym miejscu. Dzisiaj rząd, którego przedstawiciele
są tu obecni, mówi, że w tym roku będzie regres w budownictwie, ale
mówi, że będzie wzrost produktu krajowego brutto. Rząd Buźka w ubiegłym
roku o tej porze też mówił: wszystko jest dobrze, kraj się rozwija,
wszystko idzie w dobrym kierunku, my doprowadzimy do tego ludzi, że
będą żyć dobrze, że będą żyć godnie. Po pół roku, kiedy też wszyscy
zapomnieli, że stanowisko naszej partii, Samoobrony, wydane w maju,
bylo jednoznaczne, braknie pieniędzy w budżecie. Czy ktoś się tym
interesował? Po co? Jakaś Samoobrona, ten Lepper znowu coś powiedział,
co on tam przewiduje, będą pieniądze, będzie dobrze. Jak mogą być
pieniądze, kiedy firma za firmą pada i dzisiaj mamy powtórkę. Nieraz
z tej trybuny ostrzegałem rząd: zmieńcie politykę społeczną, zmieńcie
politykę gospodarczą, dajcie szansę małym i średnim przedsiębiorstwom,
które dzisiaj na gwałt są zamykane albo co najmniej zawieszają działalność,
dlatego że nie widzą żadnej szansy. Nie ma rynków zbytu, drogie kredyty,
drogie podatki, ZUS, nienormalnie niski kurs dolara i innych walut.
Te wszystkie obciążenia doprowadzają do tego, że firmy tego nie wytrzymują.
A
może jednak chłopi zawinili w jakiś sposób? Może są winni, że nie
godzą się uczestniczyć w realizacji koncepcji Leszka Balcerowicza,
w której nie ma dla nich miejsca jako dla samodzielnych producentów?
Oni mogą najwyżej wynajmować się do pracy u bogatych Niemców, Francuzów,
Szwedów. Bo tak chce profesor Balcerowicz. Bo trzeba komasować grunty
- co, jeszcze raz podkreślam, jest wierutną bzdurą. Balcerowicz sprzeciwia
się restrukturyzacji długów, w które wpadli polscy rolnicy na skutek
niezapowiedzianego i niespodziewanego podwyższenia odsetek od zaciągniętych
kredytów. Balcerowicz mówi, że szczególne potraktowanie chłopskich
kredytów byłoby niesprawiedliwe wobec innych grup społecznych i zawodowych.
Czy on nie rozumie, że odmawiając restrukturyzacji długów tym rolnikom,
którzy je w dobrej wierze wzięli, a nie mogą spłacać tylko dlatego,
że zostali oszukani; odmawiając im takiej pomocy, strąca w otchłań
biedy najaktywniejszą część polskiej wsi? Rolników biorących kredyty,
żeby unowocześniać produkcję, ludzi aktywnych i wykształconych, których
status materialny w chwili zaciągania długów gwarantował spłatę owych
zobowiązań - co przy zawieraniu umów z bankami musieli przecież udowodnić.
Teraz Balcerowicz, zasłaniając się...quot;sprawiedliwością",...quot;równym
traktowaniem" karze ich za to, że chcieli rozwijać polskie rolnictwo.
Czy to przypadek? Nie wierzę w takie przypadki.
Za
to, co Balcerowicz uczynił polskiej wsi, powinien odpowiadać przed
sądem! I doczekam dnia, kiedy zobaczę go na lawie oskarżonych. Ale
przedtem musi odejść i przestać wpływać na polską gospodarkę.
Jak
nasze społeczeństwo wyszło na planie Balcerowicza, najwyraźniej widać
właśnie na wsi. Ale przecież to nie jest tak, że wieś zubożała, lecz
przynajmniej miasto coś zyskało na reformach Balcerowicza. Nic nie
zyskało. Na wsi jednak wyraźniej widać niszczycielskie skutki owej
polityki fiskalizmu, latynoamerykańskiego kapitalizmu. W miastach
można napawać się blichtrem kolorowych wystaw sklepowych, w których
coraz mniej ludzi kupuje towary, ogromem supermarketów, na wsi nic
nie przesłania ponurego oblicza nędzy.
Ale
przecież Polska się rozwija - mówi przy lada okazji Balcerowicz. Ludzie
zarabiają więcej. Tak naprawdę, korzyść odniosło jedynie te 5 procent
bogatych ludzi w Polsce. Reszta, owszem, zarabia więcej, ale rosnące
koszty utrzymania już dawno prześcignęły wzrost płac. Niemal każdy
wskaźnik, który weźmiemy z danych statystycznych nieubłaganie pokazuje,
że cofamy się w rozwoju. Za przeciętne miesięczne dochody dziś można
kupić mniej niż 10 lat temu. Wszystkiego: żywności, usług, sprzętu
gospodarstwa domowego, mieszkań. Dlatego w Polsce rodzi się coraz
mniej dzieci. Młodzi ludzie nie chcą decydować się na dziecko wiedząc,
że nie będą w stanie zapewnić mu godziwych warunków życia. Niszczenie
polskiej rodziny - to też Balcerowicz.
Czy
nigdy nie przyszło nikomu do głowy pytanie, dlaczego jednemu człowiekowi
pozwala się wcielać w życie doktrynę, niszczącą żywą substancję 40-milionowego
narodu, doprowadzającą średni europejski kraj do ekonomicznego upadku?
Dlaczego na twórcę owej zabójczej polityki spada deszcz nagród, tytułów,
zaszczytów? Honory płyną zza granicy: doktoraty honoris causa, zaproszenia
na odczyty na całym świecie, propozycje doradztwa przy rządach innych
państw europejskich, i nie tylko.
Zastanówcie się! Popatrzcie na jego życiorys, a wszystko stanie się
jasne - on Polską spłaca swoje długi. Kto fundował mu stypendia w
Nowym Jorku, w Sussex, w Marburgu? Kto płacił mu za wykłady na uczelniach
w 15 krajach świata? Dlaczego tak chwalą go międzynarodowe instytucje
finansowe, nagradzając go tytułami...quot;Europejczyka Roku",
...quot;Najlepszego Ministra Finansów", nagrodą von Hayeka, Bertelsmanna?
Bo Balcerowicz robi dokładnie tak, jak tego chcą ponadnarodowe instytucje
finansowe - doprowadza do Unii Europejskiej Polskę niezdolną do walki
konkurencyjnej na europejskich rynkach, która w Unii ma odgrywać jedną
jedyną rolę - ma być rynkiem zbytu dla towarów unijnych. Ma być poligonem
rozwoju międzynarodowych korporacji, dla których Polacy będą wyłącznie
tanią silą roboczą, przyjmującą każde warunki. Skoro nie będzie w
tym kraju rodzimego przemysłu i rolnictwa, każda oferta pracy i płacy
będzie dla każdego powodem do szczęścia. Ci, którzy się nie załapią,
niech zdychają!
Konsekwencja
i determinacja Balcerowicza w hamowaniu polskiej gospodarki naprawdę
zdumiewa. Gdy już udało mu się po raz kolejny doprowadzić sytuację
gospodarczą do załamania, jako wicepremier w rządzie AWS-UW zobaczył,
że społeczeństwo jest na krawędzi wytrzymałości, czym prędzej, razem
ze swoją partią, wyszedł z koalicji, by krytykować to, co sam stworzył.
Wyborcy jednak nie dali się oszukać, ani wmówić sobie, że Unia Wolności
niczemu nie zawiniła - odrzucili i AWS i UW poza nawias życia politycznego.
Wtedy Balcerowicz wykonał genialny ruch - zrezygnował z przywództwa
w Unii Wolności i przy poparciu Prezydenta Kwaśniewskiego, zawsze
chętnie wspierającego różnej maści liberałów, został prezesem Narodowego
Banku Polskiego. Teraz, razem z innymi członkami Rady Polityki Pieniężnej,
czuwa nad stopami bankowymi. I trzeba powiedzieć, że robi wszystko,
by jak najdłużej hamować inicjatywy mające szansę wpłynąć na ożywienie
gospodarki. Obniżki stóp procentowych, zgodnie z Konstytucją, może
dokonać tylko Rada Polityki Pieniężnej, pod przewodnictwem Balcerowicza.
A ta konsekwentnie
stawia opór. I jeżeli nawet zgadza się na taką obniżkę, to czyni to
w stopniu nie zapewniającym wyraźnej poprawy w gospodarce.
Balcerowicz
ma na swoje usługi media. Zobaczcie, jak w jego obronie rzuciła się
Gazeta Wyborcza czy Rzeczpospolita. Że niezależność Rady Polityki
Pieniężnej jest nie-ledwie fundamentem niepodległości Polski i że
nikt nie może zmuszać Rady do jakichkolwiek działań wbrew woli jej
członków. Balcerowicz i inni członkowie Rady opowiadali dyrdymały,
że wysokie stopy zachęcają społeczeństwo do oszczędzania w bankach.
A kto ma oszczędzać? Balcero-wiczowi i jego kumplom z Rady Polityki
Pieniężnej chcę przypomnieć, że 80 procent ludzi nie oszczędza w bankach,
bo nie ma czego oszczędzać! W czyim więc interesie przemawia pan Balcerowicz?
Najpewniej w interesie garstki najbogatszych Polaków oraz w interesie
międzynarodowego kapitału spekulacyjnego, który lokuje w polskich
bankach pieniądze i, korzystając z wysokiego oprocentowania, wysysa
z naszego kraju miliony i miliardy dolarów. Prezes NBP i przewodniczący
Rady Polityki Pieniężnej, Leszek Balcerowicz, zgodnie z prawem, ma
reprezentować interesy Rzeczypospolitej Polskiej w międzynarodowych
instytucjach bankowych". Jeżeli Balcerowicz reprezentuje polskie
interesy, to ja nie nazywam się Lep-per. Przecież on tam urzęduje
jedynie po to, żeby wypełniać polecenia międzynarodowych instytucji
finansowych. Ciekawe, czy Prezydent Kwaśnłewski jest dumny ze swojego
poparcia dla Balcerowicza i co teraz o tym myśli, gdy widzi, jak jego
pupil wszelkimi siłami hamuje konwulsyjne próby wyjścia z kryzysu
i ożywienia gospodarki?
Warto
zajrzeć w życiorysy członków Rady Polityki Pieniężnej. Kto ich kształcił,
kto dawał pieniądze i stypendia?
Marek
Dąbrowski - pracował w departamencie badań Banku Dąbrowski Światowego.
Grabowski
Bogusław
Grabowski - stażysta na uniwersytecie w Sussex, tym samym, gdzie pobierał
nauki Balcerowicz.
Janusz
Krzyżewski - kształcił się w Międzynarodowym Instytucie Uniwersyteckim
w Luksemburgu. Jak napisał w oficjalnym życiorysie,...quot;więziony
za przekonania". Ciekawe, czy wtedy walczył o to, żeby Polacy
cierpieli nędzę? Uczestniczył w strajkach w Hucie Katowice w roku
1980. Dlaczego dzisiaj nie przyłącza się do strajkujących pielęgniarek,
hutników, górników? Zapomniał już o swoich ideałach, czy od początku
wiedział, że oszukuje i będzie oszukiwał strajkujących robotników?
Wojciech
Łączkowski -- aktywnie uczestniczył w pracach Międzynarodowego Instytutu
Finansów.
Jerzy
Pruski - to młody człowiek, niewiele zdążył dokonać; zaliczył tylko
staż naukowy w Oslo w 1989 roku i jednoczesne studia w Windsor w Kanadzie.
Stypendium musiało być wysokie, skoro stać go było na podróżowanie
między Norwegią a Kanadą.
Dariusz
Rosati - typowy produkt międzynarodowego kapitału: konsultant Citibanku
w Nowym Jorku, stypendysta Fulbrighta na uniwersytecie Princeton w
USA, ekspert Banku Światowego, Instytutu Badań nad Rozwojem Gospodarczym
ONZ, wykładał, czyli brał pieniądze, na wielu amerykańskich uczelniach.
Grzegorz
Wójtowicz - były prezes Narodowego Banku Polskiego, podejrzewany przez
prokuraturę o niedostateczny nadzór nad systemem bankowym, gdy Bagsik
i Gąsiorowski oszukiwali polskie banki na biliony starych złotych
za pomocą oscylatora. Gubernator Banku Światowego oraz Europejskiego
Banku Odbudowy i Rozwoju.
Wiesława
Ziótkowska - przykład, jak daleko w swoim zakłamaniu może pójść człowiek
dla uzyskania korzyści materialnych. Wiesława Ziókowska była członkiem
Polskiej Unii Socjalistycznej, stworzonej przez członka PZPR, Tadeusaz
Fiszbacha. Potem przepisała się do Unii Pracy, partii lewicowej, przynajmniej
w deklaracjach wrażliwej na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość społeczną.
Ziółkowska była aktywna w tropieniu nierówności socjalnych, odważna
w radykalnych wnioskach społecznych. Do czasu. Wystarczyło jej niewiele
- parędziesiąt tysięcy złotych miesięcznej pensji, by zapomnieć o
biednych czy skrzywdzonych. Teraz nie musi przynajmniej udawać, że
chodzi jej o sprawiedliwy podział dóbr. Dzisiaj, gdy jest już bardzo
bogata, stacją na powiedzenie -od początku chodziło o szmal.
Z
taką ekipą - ludzi spłacających długi zagranicznym instytucjom finansowym,
nieudaczników, uwikłanych w podejrzane interesy, wreszcie kłamców
i politycznych farbowańców - Balcerowicz może robić, co mu się żywnie
podoba. Podwładni zrobią, co każe szef, bo przecież nikt z nich nie
da się oderwać od tak sowicie zaopatrzonego koryta.
Najbardziej
bawi mnie, gdy podczas dyskusji o roli Rady Polityki Pieniężnej, gdy
mowa o potrzebie obniżenia stóp procentowych dla dobra Polaków, natychmiast
wyciągany jest argument o niezależności RPP. To prawda, Rada jest
niezależna. Nie zależą od parlamentu, rządu, niezależna od polskiego
społeczeństwa i jego potrzeb, niezależna nawet od rzeczywistości gospodarczej.
Za to zależy od zagranicznego kapitału spekulacyjnego, który dzięki
monstrualnym stopom procentowym konserwowanym przez Radę zarabia rocznie
0,5 miliarda dolarów. Naprawdę, dzięki decyzjom Balcerowicza nie napracują
się finansiści w Londynie czy Frankfurcie - jedno klikniecie myszki
w komputerze, i już Polska uboższa jest o parę miliardów złotych przekazanych
do banków zagranicznych. To tłumaczy, choć przecież nie usprawiedliwia
Balcerowicza i jego ludzi. Za swoją działalność pobierają wynagrodzenie
w wysokości 26 tysięcy zł. Pan Balcerowicz oczywiście więcej, bo aż
44 tysiące, do tego doliczmy premie i inne dodatki. Pazerność członków
Rady zdaje się nie mieć granic. Nie zawahali się oni nawet zwrócić
do sądu, by ten orzekł, iż należy im się o wyrównanie owej płacy w
wysokości 30 tysięcy zł. Miliony ludzi, dla których 30 tysięcy pensji
zł jest sumą wręcz niewyobrażalną, słuchały ze zgrozą bełkotu o potrzebie
przestrzegania prawa - że oto ustawowo mieli dostać więcej, a biorą
mniej - dlaczego? A ja zapytam się, dlaczego nie mówicie o prawie,
pozwalającym wypłacać ludziom zapomogi w wysokości 30 zł miesięcznie?
Gdzie wasze przywiązanie do praworządności, kiedy wyrzucają ludzi
na bruk ze sprywatyzowanych i rozkradzionych przez cwaniaków zakładów
pracy? Jakie prawo reguluje omdlenia dzieci w szkole z głodu?! Szkoda
gadać.
Rada
Polityki Pieniężnej składa się z...quot;niezależnych fachowców".
Mam nadzieje, że nie uniezależnili się aż tak bardzo od swojej przeszłości,
by o niej zapomnieć. Pan Wójtowicz, swego czasu zatrzymany w związku
z aferą Art B, Dariusz Rosati, członek rady Nadzorczej FOZZ, który
jakoś nie dopilnował setek milionów dolarów, które wyparowały na nikomu
nieznane konta. Krzyżewski Myślę, że pan Krzyżewski też pamięta dobrze,
jak przygotował ekspertyzę o znakomitej kondycji Banku Staropolskiego,
który wkrótce zbankrutował w atmosferze skandalu, narażając swoich
klientów na straty. Tacy ludzie mają dzisiaj wpływ na kondycję gospodarki
polskiej! Strach człowieka ogarnia. Tyle że oni czują się wyśmienicie,
silni poparciem Prezydenta RP i jego małżonki. Żona pana Rosatiego
razem z Jolantą Kwaśniewską organizują wspólnie pokazy mody dla elit
warszawskich.
Wysoka
stopa chroni przed zgubną inflacją. Tak mówi przy każdej okazji Balcerowicz.
W imię malej inflacji doprowadzono kraj do recesji, grożącej kryzysem
walutowym, gospodarczym i wybuchem społecznym podobnym do tego w Argentynie.
Obniżenie stóp procentowych o 6-8 procent ulżyłoby rządowi w obsłudze
długu publicznego w wysokości 10-12 miliardów zł. Realnie stopy procentowe
winny przekraczać o 2 punkty wysokość inflacji i wynosić 5,5-6 procent.
Inaczej tracimy rocznie l miliard dolarów, które wywozi zachodni kapitał
spekulacyjny. Wartość tego kapitału, ulokowanego na krótkoterminowych
lokatach w polskich bankach szacowana jest na 12-14 miliardów dolarów.
Raptowne wycofanie go z obrotu może z dnia na dzień wywołać kryzys
walutowy w państwie. Tę tykająca bombę zegarową zamontowała właśnie
Rada Polityki Pieniężnej.
Przewartościowana
złotówka skutecznie szkodzi polskiej gospodarce. Zbyt silna, wpływa
na trudności w polskim eksporcie, który kształtuje deficyt w handlu
zagranicznym. Ze wszystkimi krajami mamy dziś ujemny bilans handlowy.
Z samą tylko Rosją -4 miliardy dolarów. Polska waluta skupowana jest
przez zagranicznych graczy i lokowana w obligacjach rządowych, bo
ich oprocentowanie jest niezwykle atrakcyjne.
Dopiero
w dobie kryzysu w Polsce widać wyraźnie, jakim błędem było dawanie
tak dużej niezależności bankowi centralnemu. Nigdzie w Unii Europejskiej
bank centralny nie ma takiej pozycji, a w Niemczech ma wręcz konstytucyjny
obowiązek wspierania polityki gospodarczej rządu, podobnie zresztą
jak w Hiszpanii.
RPP
to także ludzie powiązani politycznie z ugrupowaniami, z których pochodzą,
i których interesy realizują. Pod dyktando Balcerowicza realizują
wyłącznie koncepcję liberalno-monetarystyczną.
Przecież
jest na to recepta. Sejm w każdej chwili może zmienić ustawę o Narodowym
Banku Polskim. Podobnie zrobili Czesi w 2001 roku, i nikt w czeskim
społeczeństwie nie histeryzował z tego powodu. Zmniejszono też wpływ
Prezydenta na mianowanie członków Rady Banku, a płace zmniejszono
do poziomu płac ministrów. Podczas gdy u nas premier Miller napotyka
na zaciekłą obronę pozycji Rady Polityki Pieniężnej nawet we własnych
szeregach, choćby ze strony Marka Belki. Trzeba się zdecydować, panowie
- czy chcecie walczyć z kryzysem, czy zależy wam wyłącznie na poklasku
Balcerowicza i Pana Prezydenta, który i tak jest przeciw wam.
W
Argentynie kryzys miał bardzo podobny przebieg jak w Polsce. Wiemy
już, jak się tam skończył. Jeszcze jest czas, by temu zapobiec. Przypomnę,
że w Argentynie byli zabici na ulicach.
"Balcerowicz
musi odejść" - to hasło, którego słuszność sam Balcerowicz udowadnia
od 1989 roku każdym dniem swojej aktywności. Myślę, że mimo mediów,
które ma na swoich usługach, mimo życzliwości całego aparatu międzynarodowego
kapitału, mimo poparcia Prezydenta Kwaśniewskiego, wsparcia przez
tzw. autorytety krajowe i międzynarodowe, bliski jest już dzień, w
którym naród polski sprawiedliwie oceni całość działań profesora Leszka
Balcerowicza i postawi go przed Trybunałem Stanu, - a choćby przed
obliczem zwykłego sądu powszechnego. Dla mnie największym sukcesem
będzie jednak dzień, w którym przestanie on odciskać na polskiej gospodarce
swój złowrogi i zgubny dla Polaków ślad.
Z
przemówienia w Sejmie 29 listopada 2001 r.:
Kiedy
przemawiałem do was w kulturalny sposób, nie tylko tu, z trybuny,
ale kiedy na spotkaniach z władzami poprzedniego rządu i kolejnych
rządów mówiłem prawdę o Balcerowiczu, który działa na szkodę Polski
i Polaków, nie słuchaliście mnie, bo po co; kto to jest Lepper, co
będziemy go słuchać. Kiedy kazałem, aby Balcerowicz przedstawił wzór,
jakim to on wylicza stopy procentowe kredytów, kiedy inflacja jest
4,5 procent, a kredyty 15-20 procent, dlaczego nie 40 albo 5 procent,
jak w normalnych krajach? Wtedy też, nie słuchaliście. Ja mówiłem
o sprzedaży majątku narodowego za bezcen. Nie słuchaliście. A majątek
wart w 1989 r. 400 miliardów dolarów został sprzedany w 70 procentach
za kwotę, która woła o pomstę do niebios -5 procent jego wartości.
Pytam: Gdzie jest reszta pieniędzy, ponad 250 miliardów dolarów? Co
się z nimi stało, gdzie one są? Naród od was odpowiedzi zażąda; zażąda
odpowiedzi i rozliczy za to.
Od
początku lat 90. polityczna ekipa Balcerowicza kontrolowała polski
system bankowy. Z kolei system bankowy był integralną częścią obydwóch
tzw. planów Balcerowicza, polegających na maksymalnym wytrenowaniu
polskiego społeczeństwa i napełnieniu kieszeni przedstawicielom zagranicznych
organizacji finansowych, prezesom konsorcjów i karteli ponadnarodowych,
reprezentantom obcych rządów.
Pod
hasłem walki z hiperinflacją, trzymający łapę na całej gospodarce,
Balcerowicz zastosował coś, co ze strachem i podziwem nazwano terapią
szokową, której jednym z najbardziej dotkliwych przejawów było - i
nadal jest! - utrzymywanie wielkiej różnicy między oprocentowaniem
kredytów a oprocentowaniem oszczędności.
W
czasach, w których inflacja rzeczywiście daje się we znaki, utrzymywanie
wysokich stóp procentowych może przynosić pozytywne rezultaty. Ale
nawet wówczas różnica między oprocentowaniem kredytów i lokat powinna
pozostawać niewielka - taka akurat, żeby instytucje pożyczające i
gromadzące pieniądze, czyli w praktyce banki, zarabiały na swoje utrzymanie
miały i godziwy zysk. Jeśli celem państwa jest stłumienie inflacji,
to na trudno dostępnych kredytach powinno mu zależeć tak samo jak
na lokowaniu oszczędności ludności na jak najkorzystniejszych warunkach.
Państwo dba w ten sposób o obywateli, ponieważ wysokie oprocentowanie
oszczędności chroni ich przed stratami powodowanymi przez inflacje.
Zresztą inflacja w naturalny sposób spada, bo fiskalizm i restrykcyjna
polityka kredytowa - przy swojej okrutnej sile - zwykle okazują się
skuteczne. Inflacja staje się mniejsza, stopy procentowe spadają,
państwo wraca do tego, co przyjęło się uważać za bezpieczną normę
wzrostu cen i plac.
Tymczasem
w Polsce Balcerowicz tak nie robił! Pod pozorem regulowania inflacji
potraktował banki jak święte krowy, które państwem kręcą jak ogonem.
Polityka gospodarcza sterowana przez Balcerowicza zaprzeczała zdrowym
prawom ekonomii. Kredytów banki udzielały chętnie i łatwo, nie przejmując
się tym, że kredytobiorcy nie będą mieli z czego spłacać odsetek,
nie mówiąc już o ratach kapitałowych. Ba, uważam, że tzw. trudne kredyty
(nieściągalne) były celowym elementem budowania uprzywilejowanej klasy
bogaczy, kosztem reszty narodu. Bank pożyczał ogromne sumy różnego
rodzaju hochsztaplerom, oszustom i złodziejom, ponosząc przy tym duże
straty. Bankowcy jednak nie płakali, bo utrzymywali wielką - największą
na świecie! - różnicę oprocentowania między kredytami i lokatami.
Zyski płynące z tej różnicy - nie do pomyślenia w żadnym innym kraju
- pozwalały nie tylko na pokrywanie strat spowodowanych przez trudne
kredyty, ale również na niesłychane koszty utrzymania banków. Skoro
pieniędzy było w brud, to bankowcy - zatrudniani zresztą według zasad
ustalanych przez ministerstwo finansów, czyli Balcerowicza - fundowali
sobie takie pensje oraz świadczenia dodatkowe, że od ich wystawności
kręci się w głowie. To we wczesnych latach 90., gdy nieliczni, którym
się powiodło, uważali Balcerowicza za guru polskiej, a kto wie, może
nawet i światowej ekonomii, narodził się zbrodniczy obyczaj wyznaczania
ogromnych pensji dla członków zarządów banku, rad nadzorczych czy
rad programowych. Żeby tylko pensji... Bankowcy przyznawali sobie
środki na luksusowe samochody służbowe, telefony komórkowe bez limitu,
wystawne rezydencje całoroczne, letnie i zimowe, wczasy w najodleglejszych
zakątkach świata, kosztowne ubezpieczenia na życie, papiery wartościowe
po uprzywilejowanych cenach lub zgoła za bezcen.
Zwykli ludzie, którym udawało się wtedy wiązać jakoś koniec z końcem,
gdy dowiadywali się o tych wszystkich przywilejach, naiwnie sądzili,
że na tym polega kapitalizm. Że ci, którzy jakimś trafem zasiadali
w zarządach czy radach nadzorczych, są wybitnymi fachowcami i po prostu
muszą tyle zarabiać.
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Dlaczego
nie mówi się też o tym, że w tych bankach, patrząc na początek przemian
w 1990 roku, byt zgromadzony kapitał. Zaprzeczcie, powiedzcie, że
ja kłamię, że mówię nieprawdę. Jakoś cyfrom, które rzuciłem do tej
pory, nikt nie zaprzeczał, a tu je rzuciłem, wypowiedziałem to z trybuny
sejmowej. Kiedy mówię o tym na wiecu, ludzie mogą nie wierzyć, ale
tu z trybuny sejmowej... i nikt nie zaprzeczył, w tych bankach było
65 miliardów dolarów oszczędności firm i ludzi, 65 miliardów dolarów.
Oddano to wszystko. Oni nie są właścicielami tej kwoty, ja sobie z
tego zdaję sprawę, ale oni obracają tą kwotą. I wystarczy, że obecnie
rentowność banków, zysk na czysto, wynosi ok. 4,7 procent. Jaka wychodzi
suma? Ponad 3 miliardy dolarów. Tyle właśnie rocznie Polska zaciąga
na Zachodzie kredytów, jak powiedziałem, na 15 procent, 30 procent,
nawet 60 procent, mając własne pieniądze, własny kapitał. Czy to jest
interes Polski? Może ja się na tym nie znam, SGH nie skończyłem, ale
niech nam powiedzą, jaki jest w tym interes Polski, jak liczy się
tu zysk dla kraju, dla nas, dla nas wszystkich. Jak ten zysk liczą,
że wychodzi, iż tak jest dobrze, że należało tak zrobić. Drodzy państwo,
to jest tragedia, tragedia narodowa.
Takim
sposobem powstawała próżniacza klasa pasożytów wysysających krew ze
zwyrodniałego systemu bankowego. Działo się to przy aprobacie, a nawet
pod patronatem Leszka Balcerowicza. Przy chorej polityce przeżartych
korupcją banków żywiła się inna grupa: tzw. biznesmenów. Brali oni
wielomilionowe kredyty, praktycznie bez żadnych zabezpieczeń i gwarancji.
Część inwestowali w jakieś niekoniecznie dochodowe przedsięwzięcia,
część wydawali na rozrzutne i wystawne życie, a potem, gdy przychodziło
spłacać kredyt, to albo zaciągali nowe, albo bankrutowali. Co robili
ludzie, którzy stali na czele banków? Wzruszali ramionami, niespiesznie
oddawali sprawy do sądu albo - co najczęstsze - razem z nieuczciwym
kredyto-biorcą-gangsterem zastanawiali się, co robić dalej. Następowały
tzw. postępowania układowe, zawsze korzystne dla tego, który pożyczał
pieniądze z banku, i zawsze niekorzystne dla banku. Żeby cieszyć się
takimi względami bankowców, wystarczyło zaciągnąć ogromny kredyt i
dać łapówkę. I już się nie miało zmartwienia! Niech się martwi bank!
A raczej po co się ma martwić, skoro wystarczająco dużo zarabia na
oszczędnościach milionów drobnych ciułaczy.
A
wszystko to pod życzliwym patronatem Balcerowicza! Co on sobie wówczas
musiał myśleć? Jak mógł patrzeć na niesprawiedliwość, która potęgowała
nierówność społeczną? Jaką moralność miał i ma człowiek, który chłodnym
okiem spoglądał na to, że oszuści opływają w dostatek, a uczciwi biedacy
tracą ostatnie zaskórniaki?
Z
przemówienia w Sejmie 29 listopada 2001 r.:
Mówi
się, że nie ma pieniędzy, a co jest w bankach? Przez te 12 lat sprzedaliście
80 procent banków. W bankach byty wtedy wkłady ludności i firm na
kwotę około 65 miliardów dolarów. Nie wiedzieliście o tym, że tyle
pieniędzy było? One są teraz w obrocie w rękach zachodnich, Zachód
nimi rządzi, a nie my jako Polska. Niech mają 10 procent zysku tylko,
ponad 6 miliardów dolarów wyprowadzają za granicę, a my, Polska, szukamy
kredytów, tak? I jeszcze płacimy grube odsetki. Czy to jest zdrowe?
Gdzie tu sens ekonomiczny? A jeżeli nie ma tego sensu, jeżeli się
to zrobiło, to pytam, kto za to wziął łapówę? I to trzeba sobie wyjaśnić.
To nie są oszczerstwa, tylko fakty. Gdzie leży... dlaczego nikt nam
nie powie z tej trybuny? Zabierając głos pierwszy raz, prosiłem o
wykładnię, kto nam zabrania, żebyśmy częściowo rezerwę dewiz wykorzystali
na tanie kredyty, nie na rozdawnictwo, tylko na tanie kredyty na rozwój
naszego przemyślą i rolnictwa, na tworzenie nowych miejsc pracy. Dlaczego
tej wykładni nie ma? Czy ktoś nam zabrania? A jeżeli tak, to kto?
Dopóki
polskie banki były państwowe lub prawie państwowe, w każdym razie
nie były jeszcze przehandlowane tzw. zagranicznym inwestorom strategicznym,
dopóty panował chory układ, polegający na tuczeniu menedżerów bankowych
oraz przedsiębiorców zaciągających w bankach horrendalne kredyty.
Sytuacja ta zmieniła się na jeszcze gorszą - choć gorszą trudno było
sobie wyobrazić - gdy polskie banki przeszły w ręce banków zagranicznych.
Odbyło się jedno z największych oszustw w krótkich dziejach III Rzeczpospolitej.
Zastanawiam
się, dlaczego w ogóle chciano prywatyzować sektor bankowy? Żaden z
argumentów, niedawno powtarzanych jak zaklęcia, nie przekonywał mnie
wtedy i nie przekonuje dziś. Przyjrzyjmy się tym pseudoargumentom:
Polski
system bankowy potrzebuje dekapitalizowania, a w kraju nie ma na to
pieniędzy. Bzdura! Czy ktoś zadał sobie trud sprawdzenia, czy nie
ma pieniędzy? Twierdzę, że pieniądze są i były! Świadczy o tym sprzedaż
akcji Banku Śląskiego. Wszyscy pamiętamy kolejki ustawiające się w
punktach sprzedających akcje. Dla wszystkich nie starczyło! Ale gdyby
akcje polskich banków wykupili Polacy, to na czym by zarobił zagraniczny
wielki kapitał?
-
Polskie banki są za małe. To po to najpierw podzielono
Narodowy Bank Polski na kilkanaście mniejszych, żeby później narzekać,
że banki są za małe? Decyzję o mnożeniu banków podjęli ci sami ludzie,
którzy potem decydowali o wpuszczeniu zachodnich inwestorów do polskiego
sektora bankowego. Było to działanie celowe i z premedytacją! Odpowiada
za to ekipa Balcerowicza!
-
Polskie banki są niekonkurencyjne. Czy ktoś to sprawdził? Wtedy, gdy
prywatyzowano polskie banki, system prawny wykluczał działalność banków
zagranicznych na takich samych zasadach jak krajowe. A nawet gdyby
przyjąć, że nasze banki nie były konkurencyjne, to można było spróbować
skonfrontować to z rzeczywistością. Na próbę zezwolić na działalność
dwóch czy trzech zagranicznych banków i zobaczyć, czy rzeczywiście
zabierają one klientów związanych z bankami ojczystymi. Nikt takiej
próby nie podjął! Zagraniczne banki nie zadały sobie nawet trudu walki
o klienta; im po prostu sprzedano za bezcen banki wraz z klientami!
Zrobił to Balcerowicz i jego koledzy!
-
Polskie banki są nienowoczesne i potrzebują nowych technologii. Piramidalny
idiotyzm! Czym się bowiem różni nowoczesny bank od nienowoczesnego?
Większą liczbą komputerów, bankomatów, łączy światłowodowych? Przecież
to wszystko
można było kupić za granicą bez oddawania banków w obce ręce!
Zagraniczne przedsiębiorstwa aż paliły się do sprzedawania urządzeń
i technologii. Dawały na to korzystne kredyty! Kto powiedział, że
np. niemiecka firma produkująca bankomaty sprzeda je tylko niemieckim
bankom?
-
Polskie banki są źle zarządzane, inwestor zagraniczny unowocześni
sposoby kierowania bankiem. Ręce opadają! Czy w Polsce nie było akademii
ekonomicznych, w których uczono młodzież zasad bankowości, zarządzania
i marketingu? Oczywiście, że były szkoły i była wykształcona kadra!
A gdyby nie było, to czy nie można było wysłać pracowników polskich
banków na szkolenia za granicą? Tam bez przeszkód poznaliby wszystkie
nowoczesne metody zarządzania, wróciliby do Polski i to, czego się
nauczyli, wprowadziliby w życie.
-
Skarb Państwa potrzebuje pieniędzy z prywatyzacji, a sektor bankowy
łatwo da się sprywatyzować. Ja myślę, że łatwo! Każdy na Zachodzie,
kto miał głowę na karku i kapitał, mógł kupić bank w Polsce za psie
pieniądze! Zyski państwa z tych transakcji, choć nominalnie mogły
się wydawać duże, były niewielką częścią dochodów, które mogłyby być
osiągane przez państwo, gdyby banki pozostały państwowe. Ale państwo
zawłaszczone przez Balcerowicza i ogłuszone przez jego politykę wolało
zrezygnować z przyszłych zysków na korzyść doraźnych zastrzyków pieniędzy
pochodzących od inwestorów za granicznych.
Powtarzając do znudzenia te i inne, równie bzdurne, racje, Balcerowicz
doprowadził do tego, że obecnie ponad 70 procent banków znajduje się
w zagranicznych rękach.
Popatrzmy
teraz, jakie są tego skutki.
Inwestorem
strategicznym pewnego krakowskiego banku został znany bank niemiecki.
Pierwsze, co zrobiono po tym, gdy Niemcy objęli większościowy pakiet
akcji, była wymiana kadry zarządzającej. Dyrektorów i kierowników
Polaków zastąpili Niemcy, którzy przyjechali do Krakowa z rodzinami,
bank kupił im domy, mieszkania i samochody oraz przyznał takie pensje,
o jakich polscy menedżerowie nawet nie mogli marzyć. Polacy, jeśli
chcieli zostać w banku, przechodzili na niższe stanowiska. Wielu musiało
się pożegnać z posadami. Warto zauważyć, że niemiecka kadra kierownicza
była bardziej liczna niż dawniej polska. Zamiast stu Polaków przyjęto
dwustu Niemców. Ich opłacenie kosztowało dwadzieścia razy tyle, co
opłacenie polskich pracowników! Rozpoczęła się swoista karuzela stanowisk.
Po roku jednych Niemców zastępowali kolejni. Dla nich też trzeba było
zbudować albo kupić domy, wyposażyć ich w nowe samochody, sprzęt gospodarstwa
domowego. W ten sposób, nawet gdyby bezpośrednio nie transferowano
zysków banku za granicę, odbywał się transfer pośredni. Wyjeżdżający
Niemcy brali przecież odprawy, sprzedawali domy, złotówki wymieniali
na marki i wywozili je do Niemiec.
O
takim procederze, odbywającym się na wielką skalę w każdym prywatyzowanym
banku, wiedział nadzór bankowy, urzędy skarbowe i inne służby podległe
ministrowi finansów. I nikt nic nie zrobił, by ukrócić te karygodne
praktyki! Polski rząd zachowywał się jak wasal! W zachwycie nad tym,
że cudzoziemiec kupił bank, pozwalano mu na działania, które omijały
warunki umowy prywatyzacyjnej. To podwójnie upokarzające!
Z
przemówienia w Sejmie 25 stycznia 2002 r.:
Sprawa
finansów, o których tak się mówi, że ich w Polsce nie ma. Są w Polsce
pieniądze. Nie mówmy, że ich nie ma. Mamy kilka zasadniczych źródeł
pieniędzy w naszym kraju. Pierwsze źródło to są pieniądze, które zostały
ulokowane - niezgodnie oczywiście z interesem Polski - na kontach
w bankach zachodnich. To jest tzw. rezerwa dewiz. Z tej trybuny pytałem
pana premiera, na mocy jakiej ustawy, na mocy jakiej umowy lokujemy
pieniądze - obecnie to już prawie 29 miliardów dolarów - na kontach
w bankach zachodnich; nikt nawet dokładnie nie wie, na jaki procent,
na 2-3 procent w skali roku, w tym samym czasie zaciągając kredyty
w wysokości 3 miliardów dolarów na 15 procent, 30 procent, a nawet,
jak gazeta, której nie popieram za szatę graficzną i jeży k,...quot;NIE"
obliczyła, na 60 procent, bo po drodze kilku panom trzeba dać tzw.
prowizję. To też nowe słowo, bo...quot;łapówka" to jest brzydkie
słowo. Oni biorą tylko prowizję. Oni łapówek już nie biorą. Prowizję
biorą. I ta prowizja sięga 60 procent. 100 zł pożyczamy, a 40 zł dociera
do kraju. To są interesy, i tego rządu, i poprzednich rządów. Takie
interesy robimy.
W
tym samym krakowskim, najpierw polskim, a potem niemieckim banku zakładano
system informatyczny pozwalający na obsługę kont przez Internet. Jaka
firma została wynajęta do tej pracy? Niemiecka! W Niemczech przygotowanie
jednego konta do obsługi via Internet kosztowało niecałe 100 marek.
W Polsce koszt jednostkowy obliczono na 1200 marek. 12 razy więcej!
Niemiecka firma komputerowa skasowała gigantyczne pieniądze i wywiozła
je do Niemiec! Teoretycznie bank był w porządku i nie złamał umowy
prywatyzacyjnej. W praktyce wytransferował dziesiątki milionów marek
za granicę.
Czy
ten, który toleruje takie praktyki lub wręcz na nie zezwala, jest
patriotą? Strażnikiem majątku narodowego? Oskarżani Balcerowicza o
to, że dopuścił do miliardowych strat, które powstały podczas i w
efekcie prywatyzacji polskich banków.
Łatwo
mogę sobie wyobrazić, że kiedy Polska w owczym pędzie wejdzie do Unii
Europejskiej, polską ziemię nabędą cudzoziemcy. Niektórzy przeznaczą
ją na działki rekreacyjne, pola golfowe, parki i ogrody, ale będą
też tacy, którzy zechcą zająć się produkcją rolniczą. Holender, Austriak
czy Niemiec pójdzie po kredyt na prowadzenie takiej produkcji do banku
w Polsce. Do banku w Polsce, powtarzam, a nie do banku polskiego.
Pójdzie do takiego banku, który Balcerowicz oddał w ręce holenderskiego,
austriackiego czy niemieckiego kapitału. I jak sądzicie, kto w austriackim
banku w Polsce prędzej dostanie kredyt: polski chłop czy austriacki?
A w jakim banku ma się starać o kredyt polski rolnik, skoro polskich
banków już w Polsce nie będzie?
Mówi
się dziś o globalizacji, o tym że dla kapitału nie istnieją granice,
o wspólnej Europie, itd., itp. Ale nikt mi nie powie, że teraz, jutro,
pojutrze, za dziesięć czy pięćdziesiąt lat nie będzie takich pojęć
jak naród czy państwo. I nikt mi nie powie, że dyrektor w banku nie
będzie zwracał uwagi na narodowość klienta ubiegającego się o kredyt.
Nikt mnie nie przekona, że w relacjach pożyczkodawca-pożyczkobiorca
będzie obecny tylko czynnik biznesowy. Czynnika narodowego po prostu
nie da się wyeliminować! Kto tego nie rozumie, jest albo głupcem,
albo ślepcem!
Samoobrona
nie ma zamiaru walczyć z wiatrakami. Nie będzie zamykać zagranicznych
banków ani zabraniać im działalności w Polsce. Doprowadzimy do tego,
żeby w ramach obowiązującego prawa wzmocnić te nieliczne banki państwowe,
które pozostały. Tak, żeby polski rolnik, rzemieślnik czy handlowiec
miał gdzie pójść po kredyt i czuł się jak u siebie.
Prywatyzacja
- lepszym słowem byłaby grabież - polskiego sektora bankowego spowodowała
taką oto sytuację. Członkowie zarządów, rad nadzorczych i innych kierowniczych
struktur zarabiają tak jak na Zachodzie, podczas gdy pensje zwykłych
pracowników banków nie odbiegają znacznie od średniej krajowej. Bossowie
bankowi, często obywatele obcych państw, wynagradzani są po królewsku,
chociaż oszczędności obywateli polskich (z których bank żyje) są średnio
200 razy mniejsze niż oszczędności Francuzów, Niemców czy Belgów.
Za to różnica oprocentowania miedzy depozytami i kredytami jest w
Polsce co najmniej trzy razy większa niż w krajach Unii Europejskiej.
Popatrzmy
teraz, ile zarabia przeciętny członek zarządu w prywatnych bankach
działających w Polsce (dane z pierwszego półrocza 2001 roku, teraz
pewnie zarobki są jeszcze wyższe):
- w BIG Banku Gdańskim - 454,5 tysiąca złotych miesięcznie,
- w Banku Przemyslowo-Handlowym - 157,3 tyś. zł,
- w Zachodnim Wielkopolskim Banku Kredytowym - 145,1 rys. zł,
- w Banku Handlowym - 136,7 tyś. zł,
- w Kredyt Banku - 129,3 tyś. zł,
- w Pekao - 126 tyś. zł,
- w Banku Rozwoju Eksportu - 116,1 tyś. zł,
- w Fortis Banku - 110,8 tyś. zł,
- w ING Banku Śląskim - 94,8 tyś. zł,
- w Powszechnym Banku Kredytowym - 74,1 tyś. zł,
- w Banku Ochrony Środowiska - 68,9 tyś. zł
Prezes
BIG Banku Gdańskiego w pierwszym półroczu 2001 roku zarobił 5,4 miliona
nowych, czyli 54 miliardy starych złotych!! Grubo ponad 100 miliardów
rocznie!!! Co taki prezes zrobił dla kraju, Europy, ludzkości?! Wynalazł
lekarstwo na raka?! Zlikwidował głód?! Rozwiązał problem mieszkaniowy?!
Nie, on tylko kierował bankiem! Bankiem który pomimo niesłychanie
sprzyjającej sytuacji (powtarzam: największa w Europie różnica oprocentowania
depozytów i kredytów), przyniósł dwa razy mniejszy zysk niż rok wcześniej!
Dajecie wiarę?!!! Za to, że bank zarobił dwa razy mniej, jego prezes
dostawał miesięcznie tyle, ile pielęgniarka dostaje w ciągu 80 lat
pracy!
Oto
skala niesprawiedliwości w Polsce po dwunastu latach od zmiany ustroju!
Do tego doprowadziła polityka Balcerowicza, gloryfikująca wolny rynek
i konkurencję! Jak można było do tego dopuścić?!
Gdy
mówię o tym publicznie, wymyślają mi od populistów. Oskarżają mnie
o to, że chcę rozwalić delikatny mechanizm gospodarczy. Tak, taki
mechanizm, który pracę pielęgniarki wycenia 1000 razy niżej niż pracę
bankowca, chce rozwalić! Mało tego -obiecuję, że rozwalę! Samoobrona
doprowadzi do tego, że banki nie będą mogły osiągać horrendalnych
zysków dzięki wielkiej różnicy między stopami oprocentowania lokat
i kredytów.
10
członków zarządu BIG Banku Gdańskiego zarabia miesięcznie prawie 5
milionów. Stanom to 17 procent miesięcznych wynagrodzeń wszystkich
pracowników banku. Na jedną pensję członka zarządu musi pracować 50
pracowników! Kto powiedział, ze w Polsce zniesiono pańszczyznę?!
Jak
do tego mogliśmy doprowadzić?! Pytam - my - bo wszyscy jesteśmy odpowiedzialni
za to, co się dzieje w sektorze bankowym! Głosując na liberałów z
Unii Wolności, katoliberałów z Akcji Wyborczej Solidarność czy socliberałów
z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, daliśmy przyzwolenie politykom na
spowodowanie skandalu płacowego w bankach. Winni są politycy rządzący,
winni są członkowie Rady Polityki Pieniężnej, winien jest prezes Narodowego
Banku Polskiego! Wszyscy oni stworzyli system, w którym oprocentowanie
oszczędności wynosi realnie niecałe 5 procent (jedną piątą odsetek
zabiera dodatkowo wicepremier Marek Belka), a kredyt mieszkaniowy
- prawie 20 procent.
Czy
nie jest to niewolnictwo XXI wieku w środku Europy? Liberałowie ośmielają
się mówić, że nikt nie jest przymuszany do brania kredytu w banku,
jeśli wysokość oprocentowania mu nie odpowiada. To dokąd ma pójść,
skoro w każdym banku obowiązuje lichwiarskie oprocentowanie kredytów?!
Można powiedzieć, że w ogóle można nie zaciągać kredytów. Tak może
mówić ten, kto zarabia wystarczająco dużo, by żyć i jeszcze zaoszczędzić.
Ten, kto regularnie otrzymuje wynagrodzenie od pracodawcy. Ale rolnicy,
rzemieślnicy, handlowcy, właściciele zakładów usługowych oraz niewielkich
fabryk muszą zaciągać pożyczki w banku, bo pracują w określonym cyklu
produkcji. Młode małżeństwo musi wziąć kredyt na zakup mieszkania.
Wszyscy pozostali też mogą znaleźć się w sytuacji, gdy kredyt jest
jedynym ratunkiem, na przykład w wypadku poważnej choroby czy innej
tragedii
Chory
system kredytowy spowodował kolejne wynaturzenia. Do kogo należą najbardziej
okazałe, luksusowe i najlepiej wyposażone biura? Do banków. Niedawno
opowiadano mi, że w jednym z pięciu największych pod względem liczby
klientów polskich banków detalicznych wymieniono monitory do komputerów.
Poprzednie zakupiono pół roku wcześniej, zapłacono za nie przeciętnie
po 1000 zł od sztuki. Sześć miesięcy później zarząd powziął decyzję
o nabyciu nowych monitorów - wyższej generacji, płaskich, nowoczesnych.
4 tysiące za jeden! Stare sprzedano na zamkniętym przetargu, które
wygrała firma dostarczająca nowe monitory. Wiecie, po ile je odkupiła?
Po 200 zł od sztuki! Nie dość, że zarobiła na sprzedaży drogich monitorów,
to jeszcze dano jej zarobić na odkupieniu starych za jedną piątą wartości.
Człowieka, który mi to opowiadał, zwykłego urzędnika bankowego, spytałem,
czy żaden z zatrudnionych w banku nie zaprotestował. Nie! Nikt nawet
nie ośmielił się zapytać o monitory, żeby przypadkiem nie podpaść
szefowi i nie stracić pracy.
Chciałbym
być obecny przy rozmowach prezesa banku z prezesem firmy komputerowej.
Chciałbym widzieć, jak obaj negocjowali ceny i jaką łapówkę wziął
bankowiec za sfinalizowanie transakcji.
Za
to, że dochodzi do takich absurdalnych sytuacji, odpowiada nie tylko
skorumpowany prezes banku, ale wszyscy ci, którzy stworzyli mu do
tego warunki. Jednych i drugich kiedyś rozliczymy, stawiając ich przed
sądem. Fatalna sytuacja gospodarcza kraju spowodowała paniczny strach
przed bezrobociem. Dlatego pracownicy nawet ust nie otwierają przeciwko
jawnej niegospodarności i korupcji panującej w zatrudniającym ich
banku. Gdzie są wolne związki zawodowe - największa zdobycz...quot;solidarnościowej"
rewolucji? Gdzie są ci, którzy są zobowiązani do ochrony praw pracowniczych,
których przestrzeganie jest wypisane na sztandarach SLD?
Hasło
...quot;Balcerowicz musi odejść" nie jest skierowane przeciwko
jednemu człowiekowi. Jeden człowiek nie jest w stanie zniszczyć życia,
wiary i nadziei 40-milionowego narodu. Nawet Balcerowicz tego nie
potrafi. Jest on jednak twórcą systemu, który dokonał nieprawdopodobnych
spustoszeń w zbiorowej psychice polskiego społeczeństwa. To jego wina,
za którą poniesie karę.
Na
świecie Balcerowicz przedstawiany jest jako symbol sukcesu transformacji
ustrojowej Polski. W kołach międzynarodowego kapitału postrzega się
go wręcz jako twórcę dobrobytu Polaków. Jakiego dobrobytu? o- pytam.
Jaki procent polskiego społeczeństwa skorzystał z reform Balcerowicza
zawartych w jego pierwszym i drugim planie? 5 procent? Pewnie mniej.
Reszta ma go za zbrodniarza o czystych rękach, gabinetowego rzeźnika,
sprawcę wielu tragedii i nieszczęść.
Samoobrona
uważa tak samo jak przeważająca część narodu. Zrobi wszystko, żeby
Balcerowicz zniknął z polskiej sceny politycznej. Najpierw on sam,
a potem owoce jego polityki. Wtedy dopiero będzie można powiedzieć:
...quot;Balcerowicz wreszcie odszedł". Mam nadzieję, że dożyję
tych czasów...
strona tytułowa                                         
następna strona
 drukuj
|