|
DWÓR PREZYDENTA
Warszawa, 2002
- Widział pan Bokassę i paradę blagierów? - spytał
mnie niedawno warszawski taksówkarz, gdy jechałem na obrady Sejmu.
-Nie widział pan Bokassy w telewizji? Siedział w otoczeniu pomniejszych
kacyków, a dookoła niego parada blagierów! Każdy wart parę milionów...
Kulczyki, Buechnery, Niemczyckie... Siwieć, Unger, żona Bokassy Jola,
i wreszcie sam Bokassa.
Zaskoczyłem
wreszcie, o kogo chodzi. Bokassa! Tak naród nazywa najpopularniejszego
polskiego polityka, Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. To, że kiedyś
nazwałem go nierobem, wygląda na komplement.
Jako
obywatel - bo przecież jeszcze nie poddany - jestem zobowiązany przez
Konstytucję oddawać Panu Prezydentowi honor i szacunek. Jako polityk
mam prawo do własnego zdania, znacznie różniącego się od powszechnych
pochwał, jakich pochlebcy nie szczędzą Kwaśniewskiemu na każdym kroku.
Jestem
ostatnim, który rzuciłby kamieniem w Prezydenta za to, że w kampanii
wyborczej przed pierwszą swą kadencją nałgał o poziomie swojego wykształcenia.
Może mu było wstyd, że nie skończył studiów egzaminem magisterskim?
Ale atmosfera, jaka wtedy powstała wokół prezydenckiego magisterium,
dawała do myślenia. Człowiek uczciwy mówi wprost - nie mam magistra,
nie zdążyłem, nie chciało mi się... I koniec. A Kwaśniewski lawirował,
kombinował, nie potwierdzał, ale też nie zaprzeczał. Szefowa jego
sztabu wyborczego, ambitna skądinąd Danuta Waniek, oskarżała dziennikarzy
o prowokację. Po co to wszystko? Do tego, żeby powiedzieć prawdę nie
potrzeba było - jak niektórzy sugerowali -cywilnej odwagi, ale zwyczajnej
prostolinijności, którą zresztą Prezydent okazywał przy innych okazjach,
choćby na cmentarzu w Charkowie...
Jestem
w stanie wybaczyć głowie mojego narodu to, że reklamował meble kuzyna,
a żonie pozwolił, wziąć udział w podejrzanym i nie całkiem czystym
zakupie akcji Polisy. Mogę przymknąć oko na to, że Kwaśniewski upił
się w towarzystwie biskupa i towarzystwie ministra Siwca, posła Dobrosza
z PSL i posła Wierchowicza z UW w samolocie lecącym do Charkowa, i
potem zrobił cyrk na cmentarzu. Mogę wybaczyć, że w Davos Pan Prezydent
wsiadał do samochodu przez bagażnik, a odbierając meldunek kompanii
honorowej na Litwie, tańczył w rytmie disco-polo. Nie każdy musi mieć
mocną głowę, nawet jak jest to głowa państwa... Gdyby to była jedyna
wada Prezydenta, to niech sobie pije na zdrowie. Mógłby się tylko
rzadziej pokazywać w stanie wskazującym na spożycie, bo polskie społeczeństwo
- też przecież nie wylewające za kołnierz - polityków woli raczej
trzeźwych.
Te
wszystkie wpadki Prezydenta mogę zrozumieć i jako obywatel nie mam
do niego pretensji. Ale gdy słyszę, jak Kwaśniewski potępia wprowadzenie
stanu wojennego, to krew mnie zalewa i przypominani sobie postawę
Prezydenta wobec nie zrobionego magisterium. Czuję zażenowanie, gdy
czytam w Gazecie Wyborczej, że Kwaśniewski dziecko premiera Rakowskiego
- przejrzał na oczy już w 1968 roku, gdy wraz z interwencją wojsk
polskich w Czechosłowacji i antyżydowską rozróbą w PZPR polski socjalizm
pokazał obecnemu Prezydentowi ohydną swą twarz. Młody wówczas Aleksander
tak się jej przestraszył, że... No właśnie - że co? Zszedł do podziemia
politycznego? Zaczął ryć pod fundamentami socjalistycznego państwa?
Wyjechał za granicę, bo nie mógł patrzeć na to, co się tu wyprawia?
Nie! Aleksander Kwaśniewski zamiast porządnie skończyć studia, wziął
się za robotę w socjalistycznym zrzeszeniu studentów! Rozpoczął karierę,
która u schyłku pogardzanego przezeń socjalizmu pozwoliła mu zostać
ministrem młodzieży i sportu oraz przewodniczącym Komitetu Spoleczno-Politycznego
Rady Ministrów!
Po
co to, Panie Prezydencie? Nie może Pan postąpić tak, jak powinien
Pan postąpić w przypadku pracy magisterskiej? Nie mam! A nie: miałem,
gdzieś tu była, zapomniałem, gdzie leży, dyplom też się jakoś zapodział...
Był Pan członkiem PZPR? Przyzwoity człowiek odpowiada: byłem. Dorobił
się Pan w partii pozycji, zaszczytów i splendorów? Dorobiłem się -
tak mówi ktoś, kto odpowiada za swoje czyny. Można najwyżej opatrzyć
to komentarzem: błądziłem, nie wszystko wiedziałem lub widziałem,
ale nie protestowałem. A nie kłamać, że widział Pan zło, ale było
Panu z nim po drodze.
Jeszcze
gorzej, jeśli Pan nie kłamie...
Ja
byłem w PZPR. Na samym dole, a nie tak wysoko jak Pan, Panie Prezydencie.
I powtarzam to w każdym wywiadzie, że nie mam się czego wstydzić.
I dlatego nikt nie może mnie nazwać Bokassą.
W
kolorowych magazynach oglądam zdjęcia rodziny królewskiej, czyli prezydenckiej.
Prezydent we fraku - jak gość królowej angielskiej przed derby w Londynie.
Pani prezydentowa w wieczorowej toalecie, kapelusz, doskonały makijaż,
yorkshire na rękach... I te wypowiedzi Pierwszej Damy o obyczajach
panujących na europejskich dworach... Nawet mało uważny czytelnik
musi odnieść nieodparte wrażenie, że dworskie życie bardzo pani prezydentowej
odpowiada, a każde jej zdanie temu przeczące jeszcze to pragnienie
podkreśla. Książę Filip powiedział to, królowa Zofia tamto, a sługa
księżniczki Tajlandii nie śmiał spojrzeć pani Jolancie w oczy... Panna
prezydentówna wyjechała na bal do Paryża, gdzie wśród arystokracji
przeszła chrzest bojowy, dostała przepustkę do europejskich domów
panujących, kto wie, może pośród książąt i baronów panna Aleksandra
znajdzie sobie męża...
Ja
jestem prosty chłop ze średnim wykształceniem. Moje dzieci będą miały
wykształcenie wyższe, z czego jestem po ojcowsku dumny. Wszyscy mieszkamy
w tym samym kraju, co panująca rodzina państwa Kwaśniewskich. Nie
wiem dlaczego wydaje mi się, że ja z moją rodziną znajduję się we
właściwym miejscu, a rodzina państwa Kwaśniewskich czuje się tu nieswojo.
Podobno
prezydent Giscard d'Estaign zapraszał do Pałacu Elizejskiego 50-osobową
reprezentację narodu francuskiego; grupę dobraną proporcjonalnie ze
względu na wiek, zawód i pozycję społeczną. Prezydent chciał w ten
sposób poznać, co społeczeństwo myśli o władzy. Prezydent Wałęsa urządzał
u siebie, na Polanki, przyjęcia imieninowe - pokazy wyjątkowego lizusostwa,
hipokryzji i koniunkturalizmu. Potem wybranych gości zabierał do Wrzeszcza,
gdzie za pieniądze zaprzyjaźnionego pana restauratora Kokoszki opróżniano
butelki, dopełniając tak wspaniale rozpoczętego wieczoru. Nie dziwiłem
się Wałęsie i jego drobnomieszczańskim upodobaniom.
Dziwię
się natomiast Panu Prezydentowi Kwaśniewskie-mu, który urządza w pałacowych
ogrodach imieninowe przyjęcia na pięćset osób, bardziej w tym przypominając
Wałęsę niż Giscarda d'Estaigna. O zaproszenie na prezydenckie party
zabiega...quot;cała warszawka"; otrzymanie wejściówki traktowane
jest jak oznaka łaski jego cesarskiej mości. Opowiadano mi, że najważniejszym
punktem przyjęcia jest ceremonia wręczania prezentów. Ogonek eleganckich
mężczyzn i wyfio-kowanych kobiet, każde z nich ściska w ręku upominek
godny głowy państwa: kosztowny drobiazg, jakieś dzieło sztuki, ostatecznie
butelkę rzadkiego wina lub drogiego koniaku. Do każdego prezentu stosowny
komentarz Pana Prezydenta -niby zabawny, ale wymowny. Potwierdzający
pozycję ofiarodawcy albo wprawiający go w zakłopotanie.
To
dopiero spektakl! Obłudna służalczość i wielkopańska łaska. Nie trzeba
dawać łapówek, by upewnić się , czy jeszcze jest się na fali, czy
już nie... Wypisz, wymaluj -...quot;Cesarz" Ryszarda Kapuścińskiego.
Śmieszy
mnie to, ale bardziej przeraża. Gdy słuchałem opowieści o zwyczajach
panujących na prezydenckich przyjęciach, stanął mi przed oczami obraz
z bliskiego sercu Pana Prezydenta dawnego województwa koszalińskiego.
Zniszczone pegeery, leżące odłogiem pola i ludzie zepchnięci na dno
rozpaczy. Za cenę jednego prezentu ofiarowanego Kwaśniewskiemu można
by nakupić jedzenia na cały miesiąc dla mieszkańców jednej wsi. Podzieli
się Pan z biednymi swoimi prezentami?
Gdyby
tylko na tym się kończyło... Nawet najbardziej wystawny tryb życia
na prezydenckim dworze można by było uznać za zbędny wprawdzie, ale
utrzymany w tradycji koszt funkcjonowania państwa, gdyby w ślad za
prezydenckimi obyczajami nie postępowały konsekwencje niekorzystne
dla społeczeństwa. Włosi mają Wezuwiusza ł krzywą wieżę, Francuzi
Luwr i wieżę Eiffla, Niemcy Bramę Brandenburską i zamki w Bawarii,
dlaczego Polacy mieliby nie mieć Pałacu Kultury i dworu Prezydenta
Kwa-śniewskiego. Ot, taki skansen w centrum stolicy...Kilkadziesiąt
sal, baseny, sauny, korty tenisowe, samochody, samoloty, ministrowie,
kanceliści, kamerdynerzy i ochroniarze. Roczny koszt utrzymywania
skansenu: niemal 135 miliony zł!
Prezydent
Kwaśniewski - i to już nie są żarty! - wykazuje małą aktywność na
polu własnej działalności konstytucyjnej, za to coraz częściej wtrąca
się do autonomicznego organu władzy wykonawczej, którym jest rząd.
Z całą odpowiedzialnością
twierdzę, że głowa państwa pozostaje bierna, jeśli chodzi o realną poprawę
warunków życia poddanych, czyli obywateli. Proszę wymienić te inicjatywy
ustawodawcze, które wniósł Pan Prezydent, a które poprawiły byt ludności.
Nie ma takich inicjatyw! Jest żonglerka podatkowa, jakieś ustępstwo
na rzecz najmniej zarabiających, ale zaraz głuszą to przywileje dla
zarabiających najwięcej. To samo i tak samo, jeśli idzie o prezydenckie
weta... Symbolem aktywności Prezydenta Kwaśniewskiego jest to, że podpisuje
on ustawę ułatwiającą wyrzucanie ludzi na bruk, a wcześniej był zwolennikiem
przepisów o ochronie życia psów i kotów. Pan Prezydent robi to z przyczyn
humanitarnych, ale co jest bardziej humanitarne: los ludzi czy los zwierząt
domowych?!
Polityczna
gra Kwaśniewskiego umożliwiła postawienie Balcerowicza na czele Narodowego
Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. W sytuacji, w której byłego
wicepremiera i ministra finansów nie chciała już nawet jego własna
partia, Unia Wolności, która na przewodniczącego wybrała Bronisława
Geremka, Balcerowiczowi przyszedł z pomocą Prezydent. Największemu
szkodnikowi w dziejach III Rzeczpospolitej umożliwił kontynuowanie
szkodnictwa, a nawet dał mu do ręki jeszcze większe możliwości. Za
to Prezydent Kwaśniewski odpowiada przed narodem, także przed partią,
której kiedyś przewodził, a która teraz - będąc w rządzie - ma takie
kłopoty z polityką Rady Polityki Pieniężnej i jej bossem, Leszkiem
Balcerowiczem.
Ambicje
Prezydenta kończą się tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność za poziom
życia narodu. Ale gdy chodzi o szkodzenie obecnemu rządowi, to Pan
Prezydent jakoś nie ma zahamowań. Weźmy sprawę prokuratora Andrzeja
Kaucza. To nie jest bohater mojej bajki, tak samo jak przełożona Kaucza,
pani minister Barbara Piwnik. Temu, co ja o nich obojgu sądzę, dawałem
wyraz nie raz i nie dwa. Ale na czele ministerstwa sprawiedliwości
postawiła panią Piwnik koalicja rządząca i premier. Z kolei minister
Piwnik powierzyła Kauczowi wysokie stanowisko w swoim resorcie. Obie
decyzje były suwerenne, powzięte w zgodzie z Konstytucją, a za ich
efekty brał odpowiedzialność rząd Leszka Millera.
Co
tymczasem zrobił Prezydent? Po wściekłym ataku...quot;wiceprezydenta
Michnika (później wyjaśnię, dlaczego jest on wiceprezydentem) i jego
Gazety Wyborczej na prokuratora Kaucza w sukurs gazecie przyszła prezydencka
kancelistka Barbara Labuda, ze swoimi...quot;rewelacjami"... Pomógł
jej były prezydencki minister podobno prawnik, a obecnie poseł SLD,
Ryszard Kalisz. Wybuchła awantura! Przed zajadłą kampanią prasową
i polityczną ustąpił najpierw premier Miller, potem minister Piwnik,
wreszcie sam prokurator Kaucz.
Takie
postępowanie Prezydenta - czy pod auspicjami Prezydenta - nazywa się
dwuwładzą. Nieodpowiedzialną dwuwładzą!
Kolejny
przejaw tej dwuwładzy: Krzysztof Kuszewski - doradca Prezydenta do
spraw zdrowia i opieki społecznej, wystąpił w radiu z frontalnym atakiem
na zmiany proponowane przez ministra zdrowia w rządzie Millera, profesora
Mariusza Łapińskiego. Niech sobie Pan Prezydent przypomni, z jaką
gorliwością podpisywał się pod reformami Buźka, którym miał się Pan
przyglądać, również pod reformą ochrony zdrowia, która poniosła druzgocącą
klęskę. I oto dziś doradca Kwaśniewskiego staje w tym samym szeregu,
co sprawcy tej fuszerki -były minister Opala i była wiceminister Knysok.
Ustami swojego doradcy Prezydent odmawia szansy ponoć bliskiemu mu
ideowo Łapińskiemu, a nie odmawiał takiej szansy reformatorom (prasa
pisała - reformatolom) z gabinetu Buźka. Zwyczajny wstyd, Panie Prezydencie!
Odnoszę
wrażenie, że doradcy Pana Prezydenta są jego nie najmocniejszą stroną.
Ekspertem ekonomicznym został Witold Orłowski, ultraliberał, piewca
polityki Balcerowicza, człowiek wysługujący się międzynarodowym organizacjom
finansowym. A do tego marny specjalista -- zbyt łatwo zmieniający
zdanie, np. w sprawie niezależności Rady Polityki Pieniężnej, stawiający
nietrafne prognozy, np. dotyczące wzrostu gospodarczego, inflacji,
deficytu budżetowego itp.
Gdy
pierwszy raz powiedziano mi, że Adama Michnika nazywają...quot;wiceprezydentem",
sądziłem, że to tylko kolejny żart wymyślony przez środowiska niechętne
Prezydentowi. Ale wkrótce zaczęły dochodzić do mnie kolejne sygnały
o tym, że Pan Prezydent spędza więcej czasu z wiceprezydentem Michnikiem
niż z dawnymi współpracownikami,
Naczelny
redaktor Gazety Wyborczej nie od dziś ma ambicje wpływania na wielką
politykę. Gdy tylko Kwaśniewski został Prezydentem, publicyści Wyborczej
pod batutą Michnika zaczęli głosić hasło...quot;historycznego kompromisu
politycznego". Kompromis ów miał być zawarty pomiędzy liberalnym
skrzydłem socjaldemokracji (Kwaśniewski, Cimoszewicz, ale nie Miller)
i mniej zapiekłą częścią Unii Wolności (Kuroń, Frasyniuk, Geremek).
Przygrywką do kompromisu stało się zatrudnienie Labudy w Kancelarii
Prezydenta oraz przejście tam byłego wiceministra zdrowia Marka Balickiego.
Oboje uważani byli za polityków bliskich etosowi Solidarności, tymczasem
taka zmiana - robota u Kwaśniewskiego i dla Kwaśniewskiego. Gazeta
Wyborcza opublikowała artykuł, napisany wspólnie przez Cimoszowicza
i Michnika. Ale na tym się skończyło. W Unii Wolności przeważały głosy
domagające się pokajania lewicy za stan wojenny, za zbrodnie stalinowskie,
za zależność od Związku Radzieckiego. Kwaśniewski przepraszał, lecz
najwidoczniej nie dość skwapliwie. W końcu Unia Wolności nawiązała
współprace z AWS, potem się rozpadła (jak bowiem inaczej nazwać odejście
niektórych prominentnych członków UW do Platformy Obywatelskiej),
by w końcu przepaść w wyborach parlamentarnych i wylądować na pozaparlamentarnym
marginesie. Nie spełniło się marzenie Prezydenta i jego mistrza, profesora
Geremka, aby po wyborach parlamentarnych rządziła koalicja SLD-UW.
"Wiceprezydenta"
Michnika nie zniechęciły te wszystkie wydarzenia. Nadal wywiera niesłychany
wpływ na Kwaśniewskiego, podsyca konflikty z rządem Leszka Millera,
choć w czasie sprawowania władzy przez ekipę Buźka i Krzaklew-skiego
powstrzymywał Prezydenta przed działaniami przeciwko tym nieudacznikom.
W
jednym ze swoich wywiadów prasowych...quot;wiceprezydent" Adam
Michnik wcale nie ukrywa swoich możliwości władczych. Mówi on:...quot;Mamy
olbrzymią moc destrukcyjną, możemy spowodować na przykład zmianę ministra".
Innymi
słowy: kto nie z Michnikiem i jego kolesiami, tego wespół z prezydentem
Kwaśniewskim wyrzucą z posady, skierują w odstawkę.
Drzyjcie
więc przed Michnikiem i jego gazetą, panie i panowie: premierzy, ministrowie,
wojewodowie, wszyscy na stołkach władzy.
Michnik
ma tylko jeden kłopot. Otóż przyznaje on z rozbudzającą szczerością,
że nie posiada mocy pozytywnej, aby Polacy chcieli go i jego gazety
słuchać.
Tak
było podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, kiedy popieraną żarliwie
i olbrzymim kapitałem Unię Wolności wybory wyrzucili na śmietnik historii.
Została Gazeta Wyborcza.
Michnik nazwał porażkę Unii Wolności interesującym zjawiskiem. Ja
nazywam ten wynik klęską i kompromitacją Gere-mków, Michników, Balcerowiczów
i ich programów dla Polski.
Panowie,
Wasza Polska nie jest naszą Polską. Nasza jest biedna, bezrobotna,
na łapówkarstwie i przekrętach stoi. Wyście ją stworzyli. A dla siebie
i swoich kolesiów stworzyliście w Polsce enklawę bogactwa, nowej nomenklatury
oraz bezkarnych przekrętów.
I
dlatego polski wyborca, panie wice prezydencie Michnik, nigdy nie
będzie na was głosował. Warto to sobie zapamiętać. Na zawsze.
Ostatnio
Prezydent i Premier publicznie okazują sobie przyjaźń, ale wiadomo,
że to tylko pozory. Trzymanie fasonu w obliczu spadających notowań
rządu i SLD. Tak naprawdę za kulisami oficjalnego teatru politycznego
odbywa się gra o władzę. Nie tylko o wpływy przy obecnym układzie
politycznym, ale również z myślą o przyszłości.
Symptomem
gry politycznej toczącej się między obecnym Premierem i Prezydentem
jest wszystko to, co dzieje się wokół służb specjalnych. Nie trzeba
chyba nikomu tłumaczyć, że służby specjalne i wojsko odgrywają najważniejszą
rolę w procesie przejmowania władzy, nie całkiem zgodnego z Konstytucją.
trwa potyczka o to, kto będzie miał większy wpływ na służby specjalne
- Miller czy Kwaśniewski. Większe wpływy osiągnie prezydencki Marek
Dukaczewski (obecny szef Wojskowych Służb Informacyjnych) czy ludzie
Premiera, do których Zbigniew Siemiątkowski, pełniący obowiązki szefa
UOP, raz się zalicza, a raz nie.
Nie
chcę być złym prorokiem, ale ów prezydencki sen może się spełnić...
A wówczas wszystko będzie możliwe. W tej sytuacji pozycja Samoobrony
jako niezależnej siły politycznej nabiera jeszcze większego znaczenia.
Przyrzekam, że Samoobrona nie pozostanie obojętna i bierna wobec tej
planowanej walki gigantów.
Michnikowi
opłaca się przyjaźń z Kwaśniewskim nie tylko z powodów prestiżowych.
Oto...quot;wiceprezydent" mówi w niemieckiej prasie, że kontroluje
przeważającą część polskich mediów, a jego przyjaciel Bronek Geremek
- politykę zagraniczną Polski. Oto na jesieni 2000 roku minister finansów
przepchnął przez poprzedni Sejm nowelizację ustawy o podatku dochodowym
od osób fizycznych, zwalniając od jego płacenia akcjonariuszy, którzy
byli założycielami spółek giełdowych i którzy nabyli akcje przed dopuszczeniem
ich do publicznego obrotu. Kto najbardziej skorzystał na tej ustawie,
której Prezydent Kwaśniewski nigdy nie znowelizował? Agora S.A. -
wydawca m. in. Gazety Wyborczej. Akcjonariusze Bujak Agory, m.in.
tacy ludzie, jak Zbigniew Bujak czy Andrzej Wajda, a także wielu dziennikarzy
Wyborczej, zarobili na tym interesie prawie 600 milionów złotych!
6 bilionów starych złotych!!! Ci sami dziennikarze, którzy na lamach
swojej gazety pisali, że największym zagrożeniem dla budżetu są żądania
płacowe emerytów, rencistów, rolników, nauczycieli, pielęgniarek oraz
motłochu ustawiającego się w kolejce po zasiłek.
Panu
Prezydentowi Kwaśniewskiemu nie przeszkadza jednak taki przyjaciel,
który pozbawia państwo wpływów budżetowych w wysokości 600 milionów!
A...quot;wiceprezydentowi"" Michnikowi nie przeszkadza, że
pouczając innych na łaniach swojej gazety jak być dobrym Polakiem,
sam załatwia dla siebie i przyjaciół uchwalenie przepisu pozwalającego
unikać płacenia znacznych podatków do narodowego skarbca.
Kosztownym,
choć całkiem niepotrzebnym, elementem w obecnym systemie władzy jest
wyższa izba parlamentu, czyli Senat. Złośliwi mówią o niej...quot;izba
dumania" albo...quot;izba refleksji". O tym, że Senat jest
zbędny, a na jego likwidacji polska demokracja nie straci, mówili
podczas kampanii wyborczej przedstawiciele SLD. Lecz gdy tylko zdobyli
75 ze 100 mandatów senatorskich, zamilkli i do tematu nie wracają.
Warto im przypomnieć o tym, że obietnic przedwyborczych należy dotrzymywać,
a więc czym prędzej rozwiązać Senat.
Przez
12 lat istnienia tej izby senatorzy obradowali zaledwie 532 dni, czyli
niecałe 45 dni rocznie. Za pracę świadczoną jeden dzień w tygodniu
senatorzy dostają kwoty kilkakrotnie przewyższające pensje policjantów.
W Senacie pracuje dodatkowo prawie 300 osób, też przecież nie za darmo.
W sumie polski podatnik musi wykładać na Senat prawie 70 milionów
zł rocznie, co równa się kosztom utrzymania blisko 3 tysięcy policjantów
-a tyle mówi się o poprawie bezpieczeństwa obywateli. Gdyby tę sumę
pomnożyć przez 12 lat, wyszłoby, że izba dumania kosztowała państwo
ok. 200 milionów dolarów. Najwyższy czas przerwać to wyrzucanie pieniędzy
w błoto, zwłaszcza że dorobek legislacyjny Senatu jest mniej niż skromny.
Senatorzy ograniczają się do poprawiania Sejmu (poprawki byłyby niepotrzebne,
gdyby Sejm staranniej przygotowywał teksty ustaw) i do mającej wymiar
symboliczny twórczości historyczno-narodowej w postaci uchwalania
apeli, stanowisk, posłań i innych aktów mających wartość tylko sentymentalną.
Ponieważ
Senat wymyślił ponoć w Magdalence czy przy Okrągłym Stole sam Aleksander
Kwaśniewski, Samoobrona apeluje teraz do pomysłodawcy: Panie Prezydencie,
niech Pan wystąpi o zlikwidowanie izby refleksji. Na pożytek państwa
i obywateli. Jeśli Pan tego nie zrobi, zrobimy to sami.
Jednym
z powodów napisania tej książki jest to, że Samoobrona nie ma gdzie
przedstawiać swoich poglądów. Nie ma własnych tytułów prasowych, rozgłośni
radiowych ani stacji telewizyjnych. Nawet jeśli tu i tam przebije
się ze swoimi racjami, to zwykle są one wykoślawiane, przeinaczane,
wyrywane z kontekstu. Kiedyś, gdy media interesowały się Samoobroną
wyłącznie z okazji protestów bądź ich konsekwencji, czyli moich spraw
sądowych, myślałem, że dzieje się tak dlatego, ponieważ nie bierzemy
udziału w oficjalnym życiu politycznym, nie ma nas w parlamencie,
rzadko bywamy we władzach samorządowych. Teraz już wiem, że bardzo
dobry wynik wyborczy Samoobrony niczego nie zmienił. Może i jest więcej
Leppera oraz Samoobrony w mediach, ale kontekst tej obecności uległ
niewielkiej zmianie.
Wyolbrzymiam?
Dopatruję się niechęci dziennikarzy tam, gdzie jej nie ma? Mamy przecież
demokratyczne, pluralistyczne,niezależne media. Zlikwidowano cenzurę.
Nie ma więc powodu, by ta akurat grupa zawodowa była zainteresowana
w dokopywaniu Samoobronie i jej liderowi.
Z
przemówienia w Sejmie 29 listopada 2001 r.:
Ulegliście
wielkiej presji mediów, tak jest. Jak się mówi o konkretach, to większość
dziennikarzy oczywiście nie słucha tego. Są bardzo porządni dziennikarze
w Polsce, ale, niestety, większość prasy nie jest w rękach polskich.
Rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne, też te komercyjne, w większości
nie są w rękach polskich. I komu będzie zależeć na tym, żeby lansować
polską rację stanu, Żeby pisać prawdę o tych, którzy są przeciwni
tym przemianom? Bo źle jest, kiedy są tylko zwolennicy, zawsze jest
lepiej, kiedy są dwie strony i kiedy dochodzi się do jakichś wspólnych
ustaleń i rozstrzygnięć. I słuchacie takich dzienników, takich brukowców,
jakim stalą się...quot;Rzeczpospolita". Sprawa jest w sądzie.
Brukowiec, jak tu ktoś jest, tak, brukowiec, który pisze: Nic z tego,
ten facet ma poczucie własnej siły, bo wie, że za nim stoją miliony
chamów. Półtora miliona ludzi prawie, którzy oddali glosy na Samoobronę,
to według...quot;Rzeczpospolitej" chamy. Wzburzyło to was? Nikogo.
Po co? Półtora miliona chamów to dla was nic nie znaczy, bo jeszcze
jest prawie 26 milionów wyborców niechamów. To tych chamów gdzie?
Do komór, zagazować, wygonić. A jeszcze chamy teraz w Sejmie siedzą
to już wam się w głowach nie mieści, ale zmieści się, zmieści się.
Wielka dziennikarka straszy, że nie zaprosi do swojego programu. Prywatną
telewizję ma. Brak jej profesjonalizmu. Nie tylko pani Olejnik jest
w telewizji TVN.
Redaktor
...quot;Rzeczpospolitej", pan redaktor Rybicki. Nie wzruszyło was
to, że to nie ja namawiam do mordu, do metod hitlerowskich, tylko
jeden z dziennikarzy, pan Żakowski. W audycji wczoraj rano powiedzial,
że Leppera, że takiego czlowieka, trzeba...quot;wpuścić do dolu z wapnem".
Nie wiem, jaka jest jego przeszlość, czy ktoś z jego rodziny to robil,
ale do dolu z wapnem wpuszczano ludzi, żeby się ich pozbyć. Tak, to
są fakty, niczego tu nie zmyślam, bolesne, co prawda, ale f akty.
Dziennikarze na was wymusili, panie i panowie poslowie, taką reakcję,
że przez 7 dni o niczym
innym się nie mówi. Zaraz powiem śmiesznie: będziecie lodówkę otwierać
i Lepper wam wyskoczy, tylko jedzcie, bo smaczny jestem i nie zatrujecie
się.
Niebezpodstawnie
mówi się, że media to czwarta władza. Prasa, radio i telewizja niewiele
mogą politykowi pomóc (przykład stanowią politycy Unii Wolności, którym
media były szczególnie przychylne, a mimo to ponieśli klęskę wyborczą),
ale dużo mogą zaszkodzić. Media bowiem to część tego samego establishmentu,
do którego należą politycy i biznesmeni. To ogniwo tego samego łańcucha
przywilejów, zależności i układów osobistych oraz materialnych. Wiem,
bo jestem poza tymi układami i nie zamierzam w nie wchodzić.
Żaden
jednak polityk nie może sobie pozwolić na luksus działania zupełnie
poza mediami. W Ameryce mówi się, że jeśli nie ma cię w telewizji,
to znaczy, że w ogóle nie istniejesz. Jeśli jesteś właścicielem restauracji
albo sprzedawcą samochodów, to jakoś się obejdziesz bez prasy, ale
jeśli uprawiasz zawód polityka, to bez prasy pozostaniesz niemy. Polityka
bowiem polega między innymi na nieustannym kontakcie społeczeństwa
z jej przedstawicielami. Wolę, oczywiście, kontakt bezpośredni, dlatego
staram się jeździć po Polsce i spotykać z ludźmi nie tylko podczas
kampanii wyborczej. Ale nawet niezwykle aktywny polityk, choćby urządzał
spotkania z wyborcami co drugi dzień, i cieszyłyby się one popularnością
(ja nie narzekam), nie jest w stanie dotrzeć do setek tysięcy, a może
i milionów ludzi. Taką możliwość stwarzają tylko środki masowego przekazu.
Dlatego
nie obrażam się na media ani ich przedstawicieli. Choć wielu z nich
mnie krzywdzi, zupełnie nie przejmując się zasadą bezstronności i
obiektywizmu, to nie powtórzę za redaktor Moniką Olejnik, że moja
noga więcej nie postanie w żadnym programie telewizyjnym czy radiowym.
Nie
znaczy to jednak, że mam do prasy stosunek nabożny czy służalczy.
Umiem trzeźwo ocenić prawdziwy profesjonalizm jednych dziennikarzy,
a pozory profesjonalizmu lub zgoła brak zawodowstwa innych. Mam swoje
sympatie i stać mnie na ich okazywanie. Jako polityk zależny tylko
od swojego elektoratu mogę sobie jednak pozwolić na wyrażenie zdania
o środowisku dziennikarskim oraz o polskim rynku mediów. Widzę w nim
wiele niebezpieczeństw.
Przede
wszystkim polskie media przestają być polskie. Nie mówię tego z pozycji
niektórych skrajnie narodowych partii i organizacji, które dzielą
media na polskie i polskojęzyczne. Niepokoi mnie przeważający udział
kapitału zagranicznego w polskich mediach głównie z tego powodu, że
właściciel - najczęściej międzynarodowy koncern - zainteresowany jest
zyskiem, a nie służebnością prasy wobec czytelników, widzów i słuchaczy.
Pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży artykułów i programów oraz z zamieszczanych
reklam przesłaniają wydawcom, a więc i ich podwładnym - dziennikarzom,
cel nadrzędny, który powinien przyświecać czwartej władzy pod każdą
szerokością geograficzną. Ten cel to patrzenie władzy na ręce, informowanie,
czasem bawienie i uczenie. Zachowywanie obiektywizmu. Liczenie się
z dobrem kraju i jego obywateli.
Skupianie
uwagi na zysku powoduje skutek, o którym jeszcze niedawno myślałem,
że całkiem zniknął z praktyki życia społecznego w Polsce: cenzurę.
Dziś nie jest to urzędowa, prymitywna i nachalna cenzura działająca
w interesie partii rządzącej, ale cenzura na wskroś kapitalistyczna.
Nawet najprężniejsze, najbogatsze tytuły prasowe unikają jak ognia
negatywnego pisania o swoich klientach-reklamodawcach. Niedawno znajomy
dziennikarz z jednego z dwóch największych dzienników opowiadał mi
o związkach redakcji z wielkim koncernem komputerowym. Są to zarówno
związki personalne (żony dwóch ważnych redaktorów pracują w koncernie),
jak i finansowe. Po prostu ponadnarodowy koncern komputerowy zamieszcza
w gazecie sporo wysoko płatnych ogłoszeń, sponsoruje imprezy redakcyjne,
jest patronem konkursów, plebiscytów itp.
Podobnie
- choć nie identycznie - dzieje się w relacjach między mediami a politykami.
Czy kto słyszał, żeby redaktor Krzysztof Skowroński zaatakował kiedy
polityka Unii Wolności? Albo żeby zlekceważył polityka SLD? Czy redaktor
Monika Olejnik skrytykowała kiedyś Bronisława Geremka albo zganiła
Jana Marię Rokitę? Czy TVN ujęła się za Januszem Cliffem Iwanowskim-Pineirem,
gdy został on aresztowany za to, że ujawnił prawdę o finansowych machlojkach
braci Kaczyńskich? Nie. I to nie dlatego, że redaktor Tomasz Lis,
Tomasz Sekielski czy wspomniana już Monika Ołejnłk przepadają za Kaczyńskimi,
ale dlatego, że Pineiro w swojej książce napisał źle o Mariuszu Walterze,
jednym z właścicieli i założycieli TVN. A kto pamięta, że w Sejmie
poprzedniej kadencji była cała grupa parlamentarzystów, która niezależnie
od przynależności partyjnej tworzyła Partię Zygmunta Sol-orza? Jeden
z posłów, Marek Markiewicz, prowadził nawet w Polsacie swój program
autorski, nota beze krytykujący wpadki, gary i niezręczności dziennikarzy
telewizyjnych.
Dziennikarze
i pieniądze. Nie pamiętam już ile razy mówiono mi o korupcji wśród
przedstawicieli mediów. Jest to albo korupcja, którą ja nazywam...quot;śmieciową"
(zapraszani na konferencje prasowe i bankiety dziennikarze obdarowywani
są firmowymi gadżetami, z których niektóre bywają kosztowne), albo
zwykłe ordynarne przekupstwo. Redaktor popularnej gazety zbierał kiedyś
materiały przeciwko amerykańskiemu koncernowi żywnościowemu, który
zamierzał inwestować w Polsce. Dziennikarz zgłosił się do mnie, dostał
mnóstwo materiałów o zagrożeniu ekologicznym powodowanym przez koncern
w Stanach oraz w Europie, a potem napisał artykuł pełen zachwytów
nad tym, że przybędzie jeszcze jeden...quot;poważny inwestor"
tak dobry, iż wyłoży pieniądze na budowę fabryki w naszym kraju. Ani
słowa o szkodliwości dla środowiska naturalnego, ani słowa o niszczeniu
polskiego przemysłu przetwórczego, ani słowa o licznych sprawach sądowych
wytaczanych koncernowi przez jego pracowników. Kilka tygodni temu
dowiedziałem się, że autor artykułu pojechał do Ameryki na zaproszenie
i koszt kierownictwa koncernu...
Zgadzam
się z tym, żeby popularni dziennikarze zarabiali przyzwoite pieniądze,
bo za dobrą pracę należy się dobra płaca. Ale przecież to, co się
wyprawia w naszych mediach, przekracza ludzkie pojecie. Redaktor Olejnik
może wybrzydzać i przebierać jak w ulęgałkach w gościach zapraszanych
do swoich audycji, jeżeli zwierzchnicy płacą jej 3,5 tysiąca zł za
jeden program telewizyjny. Za takie pieniądze ona może niejednego
posła wynająć za kierowcę! W...quot;Kropce nad i" (TVN) pyskuje
najczęściej nieprzygotowana, jedynie po porannej lekturze Gazety Wyborczej.
Nie jest tajemnicą, że redaktor Skowroński odszedł z Radia Zet nie
dlatego, że nie podobała mu się linia programowa stacji, lecz dlatego,
że kierownictwo nie chciało płacić mu za jedną codzienną rozmowę w
radiu tyle, ile miesięcznie zarabia pielęgniarka! Myślicie, że łatwo
być obiektywnym dziennikarzem, zauważającym problemy społeczeństwa,
jeśli tych problemów w ogóle się nie rozumie - taka przepaść materialna
dzieli bowiem dziennikarzy od zwykłych ludzi.
Jeśli
więc czytam, że niektórzy redaktorzy Gazety Wyborczej dostali akcje
Agory o wartości setek tysięcy złotych, to nigdy nie uwierzę, że są
oni zdolni do napisania prawdziwego reportażu z prowincji - takiego,
jaki pisał kiedyś na przykład Józef Kuśmierek.
Związki
polityki, biznesu i mediów tworzą niebezpieczną mieszankę. Najgorsze,
że tworzy się zmowa milczenia na ten temat. Tak było na początku zmian
w Polsce, tak jest i teraz.
Krajowa
Rada Radiofonii i Telewizji miała zrobić porządek w eterze i dbać
o wypełnianie misji przez publiczne środki przekazu audiowizualnego.
Stała się jednak posłusznym narzędziem w rękach polityków, a do tego
wygodnym miejscem przeczekania po przegranych wyborach, czasową odskocznią
albo synekurą dla politycznych emerytów.
Afery
wokół KRRiT zaczęły się od samego początku - od rozdzielania koncesji
telewizyjnych. Faworytem został Zygmunt Solorz. Nie miał żadnego doświadczenia
(oprócz takiego, że oglądał telewizję), ale miał pieniądze. Nie do
końca czyste - jak pisały gazety... A do tego kilka paszportów i udział
w prawie gangsterskich aferach. Większość Rady - wówczas pod przewodnictwem
wspomnianego już Markiewicza - uznała jednak, że albo Solorz, albo
nikt. Rada nie protestowała, gdy kilka lat później Polsat przejął
Naszą Telewizję, szybko przemianowaną na TV4. Członkowie KRRiT forowali
dwie stacje radiowe - krakowskie RFM FM i warszawskie Radio Zet -
a gdy już pozwolili im osiągnąć dominującą pozycję na rynku, zaczęli
odbierać częstotliwości i zgodę na tzw. regionalne rozszycia reklamowe.
Niezrozumiała jest też przychylność Rady dla Radia Maryja.
W
czasie, gdy wydawca Gazety Wyborczej, spółka Agora, starała się o
przejęcie regionalnych stacji radiowych, próżno było szukać publikacji
krytycznych wobec KRRiT. Owszem, w Wyborczej krytykowano RMF FM i
Radio Zet, czyli konkurencję rozgłośni Agory.
Byłem
kiedyś świadkiem rozmowy, którą bez skrępowania prowadzili ze sobą
dwaj wybitni politycy, jeden z katolickiej prawicy (wcześniej członek
KRRiT), drugi z lewicy.
Lewica: - Nie wierzę, żebyście nic z tego nie mieli, przecież niektóre
decyzje Rady były wyraźnie manipulowane. Ktoś musiał sporo wziąć.
Ciekawe, dlaczego nikt go nie wysypał.
Prawica:
- Mieliśmy różne zdania, ale decyzje zwykle podejmowaliśmy zgodnie.
Lewica: - I nie wiedzieliście, że ktoś bierze? Nie donieśliście na
niego.
Prawica: - Nigdy na siebie nie donosiliśmy.
Lewica: - Czyli wszyscy musieliście brać! Solidarność wymusza dyskrecję.
Prawica: - Ja tego nie powiedziałem. Ale rzeczywiście, obowiązywała
dyskrecja.
Ostatnio do grona gazet, które nie zostawiają na Samoobronie suchej
nitki, dołączyła Trybuna. No, no, gratuluję odwagi. I bezczelności!
Pierwszym
naczelnym redaktorem Trybuny został Marek Siwieć, następnie poseł
lewicy, członek KRRiT, obecnie szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego
i minister w kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego. Za czasów Siwca
Trybuna próbowała handlować magnetowidami sprowadzanymi do Polski
przez spółkę Art B. Chociaż biznes nie wyszedł, to Siwieć znalazł
posadę w wydawanym za pieniądze Bagsi-ka i Gąsiorowskiego tygodniku
Monitor, a gdy i ta inicjatywa padła z powodów oczywistych (właściciele
uciekli z Polski), dzisiejszy szef BBN został posłem.
Następnym
szefem Trybuny stal się Dariusz Szymczycha, potem szef programów informacyjnych
w Polsacie i TV4, teraz minister w kancelarii Kwaśniewskiego. Inwestorem
spółki wydającej gazetę był Dariusz Przywieczerski, prezes Universalu,
człowiek, któremu prokuratura postawiła zarzuty w sprawie FOZZ. Że
też nie przeszkadzało to liderom lewicy, z którą utożsamiano i nadal
się utożsamia Trybunę. W radzie nadzorczej Ad Novum - wydawcy gazety
- znajdowali się wybitni działacze lewicy. Przewodniczącym rady był
wówczas... Aleksander Kwaśniewski.
Nakład Trybuny leciał w dół, poczytność spadała, ale członkowie rady
nadzorczej zarabiali równowartość kilku średnich pensji.
Media w Polsce: gazety (z wyjątkiem niektórych tytułów prasowych)
a zwłaszcza telewizja - uprawiają coś na kształt dezinformacji. Najważniejszym
problemem w Polsce jest bezrobocie; co media robią, aby pomóc bezrobotnym
w znalezieniu pracy? Gdzie są edukacyjne programy telewizyjne, gdzie
są porady w prasie? Pierwsze i ostatnie, do czego ograniczają się
gazety, to publikowanie ogłoszeń z coraz mniej licznymi ofertami pracy.
Ogłoszeń płatnych, na których wydawcy zarabiają.
W
pogoni za sensacją i z ambicji politycznych rodzą się takie oto niecodzienne
sytuacje jak ostatnio. W kopalni giną górnicy, a najważniejszym tematem
poruszanym w mediach jest to, dlaczego Premier Miller wziął kredyt
w banku należącym do Aleksandrą Gudzowatego. Gdy news dnia pominęła
redakcja Wiadomości, rozerwał szaty członek Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji -Jarosław Sellin. Mówił o skandalu, powrocie cenzury itp.
A ja mówię, że cenzurą i skandalem jest prześlizgiwanie się przez
tragedię górników, a skupianie uwagi widzów, słuchaczy i czytelników
na nic nie znaczącym incydencie, jakim jest kredyt Millera czy zatrzymanie
przez UOP aferzystę Andrzeja Modrzejewskiego, byłego już na szczęście
prezesa PKN Orlen.
W
ślad za wiadomościami następuje tradycyjne bicie piany w telewizyjnych
tzw. programach publicystycznych. Prowadzący je dziennikarze zapraszają
do studiów sprawdzonych polityków, ciągle tych samych, i wspólnie
dzielą włos na czworo, zastanawiając się, czy Premier miał prawo wziąć
kredyt, dlaczego zaciągnął go u Gudzowatego, jak to wpłynie na podejmowanie
decyzji... To przecież paranoja!
Najcelniejszym i jednocześnie najpopularniejszym hasłem wypisywanym
na murach w czasie stanu wojennego było...quot;Telewizja kłamie!".
Dziś wypada powtórzyć to hasło, chociaż cenzurę formalnie zniesiono
już dawno temu. Obecnie telewizja i inne media stały się tak oderwane
od społeczeństwa, że nie spełniają podstawowej funkcji czwartej władzy.
Większość dziennikarzy świetnie się czuje w skórach sług wybranych
polityków. Wygląda to tak, jak gdyby polityczni ulubieńcy mediów mieli
w nich wyłącznie samych rzeczników prasowych.
Za każdym razem, gdy widzę sforę atakujących mnie dziennikarzy, proszę:
- Szarpcie mnie, ale nie kłamcie.
Nic
z tego - nadal kłamią. Z szarpania żyje w Polsce Jerzy Urban, z kłamstwa
- przeważająca większość.
strona tytułowa                                         
następna strona drukuj
|