MENU
STRUKTURA
KONTAKT
Biuro Krajowe Partii:
al. Jerozolimskie 30
00-024 Warszawa
tel.: (22) 625 04 72
fax: (22) 625 04 77
samoobrona@samoobrona.org.pl

Biuro Krajowe Związku:
ul. Marszałkowska 84/92 lok.121
00-514 Warszawa
tel.: (22) 629 32 90
samoobrona@samoobrona.org.pl

Biuro Klubu Parlamentarnego:
ul. Wiejska 4/6/8
00-902 Warszawa
tel.: (22) 694 25 83
fax: (22) 694 26 06
samoobrona@samoobrona.org.pl

Konto bankowe Partii PLN:
PKO BP S.A. III O/Warszawa
30102010970000770200021709

Konto bankowe Partii USD:
PKO BP S.A. III O/Warszawa
10201039-160414-270-2161787

IV KONGRES

WYSZUKIWANIE

 Czwartek, 18 Marca 2010

DWÓR PREZYDENTA

Warszawa, 2002

- Widział pan Bokassę i paradę blagierów? - spytał mnie niedawno warszawski taksówkarz, gdy jechałem na obrady Sejmu. -Nie widział pan Bokassy w telewizji? Siedział w otoczeniu pomniejszych kacyków, a dookoła niego parada blagierów! Każdy wart parę milionów... Kulczyki, Buechnery, Niemczyckie... Siwieć, Unger, żona Bokassy Jola, i wreszcie sam Bokassa.

Zaskoczyłem wreszcie, o kogo chodzi. Bokassa! Tak naród nazywa najpopularniejszego polskiego polityka, Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. To, że kiedyś nazwałem go nierobem, wygląda na komplement.

Jako obywatel - bo przecież jeszcze nie poddany - jestem zobowiązany przez Konstytucję oddawać Panu Prezydentowi honor i szacunek. Jako polityk mam prawo do własnego zdania, znacznie różniącego się od powszechnych pochwał, jakich pochlebcy nie szczędzą Kwaśniewskiemu na każdym kroku.

Jestem ostatnim, który rzuciłby kamieniem w Prezydenta za to, że w kampanii wyborczej przed pierwszą swą kadencją nałgał o poziomie swojego wykształcenia. Może mu było wstyd, że nie skończył studiów egzaminem magisterskim? Ale atmosfera, jaka wtedy powstała wokół prezydenckiego magisterium, dawała do myślenia. Człowiek uczciwy mówi wprost - nie mam magistra, nie zdążyłem, nie chciało mi się... I koniec. A Kwaśniewski lawirował, kombinował, nie potwierdzał, ale też nie zaprzeczał. Szefowa jego sztabu wyborczego, ambitna skądinąd Danuta Waniek, oskarżała dziennikarzy o prowokację. Po co to wszystko? Do tego, żeby powiedzieć prawdę nie potrzeba było - jak niektórzy sugerowali -cywilnej odwagi, ale zwyczajnej prostolinijności, którą zresztą Prezydent okazywał przy innych okazjach, choćby na cmentarzu w Charkowie...

Jestem w stanie wybaczyć głowie mojego narodu to, że reklamował meble kuzyna, a żonie pozwolił, wziąć udział w podejrzanym i nie całkiem czystym zakupie akcji Polisy. Mogę przymknąć oko na to, że Kwaśniewski upił się w towarzystwie biskupa i towarzystwie ministra Siwca, posła Dobrosza z PSL i posła Wierchowicza z UW w samolocie lecącym do Charkowa, i potem zrobił cyrk na cmentarzu. Mogę wybaczyć, że w Davos Pan Prezydent wsiadał do samochodu przez bagażnik, a odbierając meldunek kompanii honorowej na Litwie, tańczył w rytmie disco-polo. Nie każdy musi mieć mocną głowę, nawet jak jest to głowa państwa... Gdyby to była jedyna wada Prezydenta, to niech sobie pije na zdrowie. Mógłby się tylko rzadziej pokazywać w stanie wskazującym na spożycie, bo polskie społeczeństwo - też przecież nie wylewające za kołnierz - polityków woli raczej trzeźwych.

Te wszystkie wpadki Prezydenta mogę zrozumieć i jako obywatel nie mam do niego pretensji. Ale gdy słyszę, jak Kwaśniewski potępia wprowadzenie stanu wojennego, to krew mnie zalewa i przypominani sobie postawę Prezydenta wobec nie zrobionego magisterium. Czuję zażenowanie, gdy czytam w Gazecie Wyborczej, że Kwaśniewski dziecko premiera Rakowskiego - przejrzał na oczy już w 1968 roku, gdy wraz z interwencją wojsk polskich w Czechosłowacji i antyżydowską rozróbą w PZPR polski socjalizm pokazał obecnemu Prezydentowi ohydną swą twarz. Młody wówczas Aleksander tak się jej przestraszył, że... No właśnie - że co? Zszedł do podziemia politycznego? Zaczął ryć pod fundamentami socjalistycznego państwa? Wyjechał za granicę, bo nie mógł patrzeć na to, co się tu wyprawia? Nie! Aleksander Kwaśniewski zamiast porządnie skończyć studia, wziął się za robotę w socjalistycznym zrzeszeniu studentów! Rozpoczął karierę, która u schyłku pogardzanego przezeń socjalizmu pozwoliła mu zostać ministrem młodzieży i sportu oraz przewodniczącym Komitetu Spoleczno-Politycznego Rady Ministrów!

Po co to, Panie Prezydencie? Nie może Pan postąpić tak, jak powinien Pan postąpić w przypadku pracy magisterskiej? Nie mam! A nie: miałem, gdzieś tu była, zapomniałem, gdzie leży, dyplom też się jakoś zapodział... Był Pan członkiem PZPR? Przyzwoity człowiek odpowiada: byłem. Dorobił się Pan w partii pozycji, zaszczytów i splendorów? Dorobiłem się - tak mówi ktoś, kto odpowiada za swoje czyny. Można najwyżej opatrzyć to komentarzem: błądziłem, nie wszystko wiedziałem lub widziałem, ale nie protestowałem. A nie kłamać, że widział Pan zło, ale było Panu z nim po drodze.

Jeszcze gorzej, jeśli Pan nie kłamie...

Ja byłem w PZPR. Na samym dole, a nie tak wysoko jak Pan, Panie Prezydencie. I powtarzam to w każdym wywiadzie, że nie mam się czego wstydzić. I dlatego nikt nie może mnie nazwać Bokassą.

W kolorowych magazynach oglądam zdjęcia rodziny królewskiej, czyli prezydenckiej. Prezydent we fraku - jak gość królowej angielskiej przed derby w Londynie. Pani prezydentowa w wieczorowej toalecie, kapelusz, doskonały makijaż, yorkshire na rękach... I te wypowiedzi Pierwszej Damy o obyczajach panujących na europejskich dworach... Nawet mało uważny czytelnik musi odnieść nieodparte wrażenie, że dworskie życie bardzo pani prezydentowej odpowiada, a każde jej zdanie temu przeczące jeszcze to pragnienie podkreśla. Książę Filip powiedział to, królowa Zofia tamto, a sługa księżniczki Tajlandii nie śmiał spojrzeć pani Jolancie w oczy... Panna prezydentówna wyjechała na bal do Paryża, gdzie wśród arystokracji przeszła chrzest bojowy, dostała przepustkę do europejskich domów panujących, kto wie, może pośród książąt i baronów panna Aleksandra znajdzie sobie męża...

Ja jestem prosty chłop ze średnim wykształceniem. Moje dzieci będą miały wykształcenie wyższe, z czego jestem po ojcowsku dumny. Wszyscy mieszkamy w tym samym kraju, co panująca rodzina państwa Kwaśniewskich. Nie wiem dlaczego wydaje mi się, że ja z moją rodziną znajduję się we właściwym miejscu, a rodzina państwa Kwaśniewskich czuje się tu nieswojo.

Podobno prezydent Giscard d'Estaign zapraszał do Pałacu Elizejskiego 50-osobową reprezentację narodu francuskiego; grupę dobraną proporcjonalnie ze względu na wiek, zawód i pozycję społeczną. Prezydent chciał w ten sposób poznać, co społeczeństwo myśli o władzy. Prezydent Wałęsa urządzał u siebie, na Polanki, przyjęcia imieninowe - pokazy wyjątkowego lizusostwa, hipokryzji i koniunkturalizmu. Potem wybranych gości zabierał do Wrzeszcza, gdzie za pieniądze zaprzyjaźnionego pana restauratora Kokoszki opróżniano butelki, dopełniając tak wspaniale rozpoczętego wieczoru. Nie dziwiłem się Wałęsie i jego drobnomieszczańskim upodobaniom.

Dziwię się natomiast Panu Prezydentowi Kwaśniewskie-mu, który urządza w pałacowych ogrodach imieninowe przyjęcia na pięćset osób, bardziej w tym przypominając Wałęsę niż Giscarda d'Estaigna. O zaproszenie na prezydenckie party zabiega...quot;cała warszawka"; otrzymanie wejściówki traktowane jest jak oznaka łaski jego cesarskiej mości. Opowiadano mi, że najważniejszym punktem przyjęcia jest ceremonia wręczania prezentów. Ogonek eleganckich mężczyzn i wyfio-kowanych kobiet, każde z nich ściska w ręku upominek godny głowy państwa: kosztowny drobiazg, jakieś dzieło sztuki, ostatecznie butelkę rzadkiego wina lub drogiego koniaku. Do każdego prezentu stosowny komentarz Pana Prezydenta -niby zabawny, ale wymowny. Potwierdzający pozycję ofiarodawcy albo wprawiający go w zakłopotanie.

To dopiero spektakl! Obłudna służalczość i wielkopańska łaska. Nie trzeba dawać łapówek, by upewnić się , czy jeszcze jest się na fali, czy już nie... Wypisz, wymaluj -...quot;Cesarz" Ryszarda Kapuścińskiego.

Śmieszy mnie to, ale bardziej przeraża. Gdy słuchałem opowieści o zwyczajach panujących na prezydenckich przyjęciach, stanął mi przed oczami obraz z bliskiego sercu Pana Prezydenta dawnego województwa koszalińskiego. Zniszczone pegeery, leżące odłogiem pola i ludzie zepchnięci na dno rozpaczy. Za cenę jednego prezentu ofiarowanego Kwaśniewskiemu można by nakupić jedzenia na cały miesiąc dla mieszkańców jednej wsi. Podzieli się Pan z biednymi swoimi prezentami?

Gdyby tylko na tym się kończyło... Nawet najbardziej wystawny tryb życia na prezydenckim dworze można by było uznać za zbędny wprawdzie, ale utrzymany w tradycji koszt funkcjonowania państwa, gdyby w ślad za prezydenckimi obyczajami nie postępowały konsekwencje niekorzystne dla społeczeństwa. Włosi mają Wezuwiusza ł krzywą wieżę, Francuzi Luwr i wieżę Eiffla, Niemcy Bramę Brandenburską i zamki w Bawarii, dlaczego Polacy mieliby nie mieć Pałacu Kultury i dworu Prezydenta Kwa-śniewskiego. Ot, taki skansen w centrum stolicy...Kilkadziesiąt sal, baseny, sauny, korty tenisowe, samochody, samoloty, ministrowie, kanceliści, kamerdynerzy i ochroniarze. Roczny koszt utrzymywania skansenu: niemal 135 miliony zł!

Prezydent Kwaśniewski - i to już nie są żarty! - wykazuje małą aktywność na polu własnej działalności konstytucyjnej, za to coraz częściej wtrąca się do autonomicznego organu władzy wykonawczej, którym jest rząd.

Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że głowa państwa pozostaje bierna, jeśli chodzi o realną poprawę warunków życia poddanych, czyli obywateli. Proszę wymienić te inicjatywy ustawodawcze, które wniósł Pan Prezydent, a które poprawiły byt ludności. Nie ma takich inicjatyw! Jest żonglerka podatkowa, jakieś ustępstwo na rzecz najmniej zarabiających, ale zaraz głuszą to przywileje dla zarabiających najwięcej. To samo i tak samo, jeśli idzie o prezydenckie weta... Symbolem aktywności Prezydenta Kwaśniewskiego jest to, że podpisuje on ustawę ułatwiającą wyrzucanie ludzi na bruk, a wcześniej był zwolennikiem przepisów o ochronie życia psów i kotów. Pan Prezydent robi to z przyczyn humanitarnych, ale co jest bardziej humanitarne: los ludzi czy los zwierząt domowych?!

Polityczna gra Kwaśniewskiego umożliwiła postawienie Balcerowicza na czele Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. W sytuacji, w której byłego wicepremiera i ministra finansów nie chciała już nawet jego własna partia, Unia Wolności, która na przewodniczącego wybrała Bronisława Geremka, Balcerowiczowi przyszedł z pomocą Prezydent. Największemu szkodnikowi w dziejach III Rzeczpospolitej umożliwił kontynuowanie szkodnictwa, a nawet dał mu do ręki jeszcze większe możliwości. Za to Prezydent Kwaśniewski odpowiada przed narodem, także przed partią, której kiedyś przewodził, a która teraz - będąc w rządzie - ma takie kłopoty z polityką Rady Polityki Pieniężnej i jej bossem, Leszkiem Balcerowiczem.

Ambicje Prezydenta kończą się tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność za poziom życia narodu. Ale gdy chodzi o szkodzenie obecnemu rządowi, to Pan Prezydent jakoś nie ma zahamowań. Weźmy sprawę prokuratora Andrzeja Kaucza. To nie jest bohater mojej bajki, tak samo jak przełożona Kaucza, pani minister Barbara Piwnik. Temu, co ja o nich obojgu sądzę, dawałem wyraz nie raz i nie dwa. Ale na czele ministerstwa sprawiedliwości postawiła panią Piwnik koalicja rządząca i premier. Z kolei minister Piwnik powierzyła Kauczowi wysokie stanowisko w swoim resorcie. Obie decyzje były suwerenne, powzięte w zgodzie z Konstytucją, a za ich efekty brał odpowiedzialność rząd Leszka Millera.

Co tymczasem zrobił Prezydent? Po wściekłym ataku...quot;wiceprezydenta Michnika (później wyjaśnię, dlaczego jest on wiceprezydentem) i jego Gazety Wyborczej na prokuratora Kaucza w sukurs gazecie przyszła prezydencka kancelistka Barbara Labuda, ze swoimi...quot;rewelacjami"... Pomógł jej były prezydencki minister podobno prawnik, a obecnie poseł SLD, Ryszard Kalisz. Wybuchła awantura! Przed zajadłą kampanią prasową i polityczną ustąpił najpierw premier Miller, potem minister Piwnik, wreszcie sam prokurator Kaucz.

Takie postępowanie Prezydenta - czy pod auspicjami Prezydenta - nazywa się dwuwładzą. Nieodpowiedzialną dwuwładzą!

Kolejny przejaw tej dwuwładzy: Krzysztof Kuszewski - doradca Prezydenta do spraw zdrowia i opieki społecznej, wystąpił w radiu z frontalnym atakiem na zmiany proponowane przez ministra zdrowia w rządzie Millera, profesora Mariusza Łapińskiego. Niech sobie Pan Prezydent przypomni, z jaką gorliwością podpisywał się pod reformami Buźka, którym miał się Pan przyglądać, również pod reformą ochrony zdrowia, która poniosła druzgocącą klęskę. I oto dziś doradca Kwaśniewskiego staje w tym samym szeregu, co sprawcy tej fuszerki -były minister Opala i była wiceminister Knysok. Ustami swojego doradcy Prezydent odmawia szansy ponoć bliskiemu mu ideowo Łapińskiemu, a nie odmawiał takiej szansy reformatorom (prasa pisała - reformatolom) z gabinetu Buźka. Zwyczajny wstyd, Panie Prezydencie!

Odnoszę wrażenie, że doradcy Pana Prezydenta są jego nie najmocniejszą stroną. Ekspertem ekonomicznym został Witold Orłowski, ultraliberał, piewca polityki Balcerowicza, człowiek wysługujący się międzynarodowym organizacjom finansowym. A do tego marny specjalista -- zbyt łatwo zmieniający zdanie, np. w sprawie niezależności Rady Polityki Pieniężnej, stawiający nietrafne prognozy, np. dotyczące wzrostu gospodarczego, inflacji, deficytu budżetowego itp.

Gdy pierwszy raz powiedziano mi, że Adama Michnika nazywają...quot;wiceprezydentem", sądziłem, że to tylko kolejny żart wymyślony przez środowiska niechętne Prezydentowi. Ale wkrótce zaczęły dochodzić do mnie kolejne sygnały o tym, że Pan Prezydent spędza więcej czasu z wiceprezydentem Michnikiem niż z dawnymi współpracownikami,

Naczelny redaktor Gazety Wyborczej nie od dziś ma ambicje wpływania na wielką politykę. Gdy tylko Kwaśniewski został Prezydentem, publicyści Wyborczej pod batutą Michnika zaczęli głosić hasło...quot;historycznego kompromisu politycznego". Kompromis ów miał być zawarty pomiędzy liberalnym skrzydłem socjaldemokracji (Kwaśniewski, Cimoszewicz, ale nie Miller) i mniej zapiekłą częścią Unii Wolności (Kuroń, Frasyniuk, Geremek). Przygrywką do kompromisu stało się zatrudnienie Labudy w Kancelarii Prezydenta oraz przejście tam byłego wiceministra zdrowia Marka Balickiego. Oboje uważani byli za polityków bliskich etosowi Solidarności, tymczasem taka zmiana - robota u Kwaśniewskiego i dla Kwaśniewskiego. Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł, napisany wspólnie przez Cimoszowicza i Michnika. Ale na tym się skończyło. W Unii Wolności przeważały głosy domagające się pokajania lewicy za stan wojenny, za zbrodnie stalinowskie, za zależność od Związku Radzieckiego. Kwaśniewski przepraszał, lecz najwidoczniej nie dość skwapliwie. W końcu Unia Wolności nawiązała współprace z AWS, potem się rozpadła (jak bowiem inaczej nazwać odejście niektórych prominentnych członków UW do Platformy Obywatelskiej), by w końcu przepaść w wyborach parlamentarnych i wylądować na pozaparlamentarnym marginesie. Nie spełniło się marzenie Prezydenta i jego mistrza, profesora Geremka, aby po wyborach parlamentarnych rządziła koalicja SLD-UW.

"Wiceprezydenta" Michnika nie zniechęciły te wszystkie wydarzenia. Nadal wywiera niesłychany wpływ na Kwaśniewskiego, podsyca konflikty z rządem Leszka Millera, choć w czasie sprawowania władzy przez ekipę Buźka i Krzaklew-skiego powstrzymywał Prezydenta przed działaniami przeciwko tym nieudacznikom.

W jednym ze swoich wywiadów prasowych...quot;wiceprezydent" Adam Michnik wcale nie ukrywa swoich możliwości władczych. Mówi on:...quot;Mamy olbrzymią moc destrukcyjną, możemy spowodować na przykład zmianę ministra".

Innymi słowy: kto nie z Michnikiem i jego kolesiami, tego wespół z prezydentem Kwaśniewskim wyrzucą z posady, skierują w odstawkę.

Drzyjcie więc przed Michnikiem i jego gazetą, panie i panowie: premierzy, ministrowie, wojewodowie, wszyscy na stołkach władzy.

Michnik ma tylko jeden kłopot. Otóż przyznaje on z rozbudzającą szczerością, że nie posiada mocy pozytywnej, aby Polacy chcieli go i jego gazety słuchać.

Tak było podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, kiedy popieraną żarliwie i olbrzymim kapitałem Unię Wolności wybory wyrzucili na śmietnik historii. Została Gazeta Wyborcza.

Michnik nazwał porażkę Unii Wolności interesującym zjawiskiem. Ja nazywam ten wynik klęską i kompromitacją Gere-mków, Michników, Balcerowiczów i ich programów dla Polski.

Panowie, Wasza Polska nie jest naszą Polską. Nasza jest biedna, bezrobotna, na łapówkarstwie i przekrętach stoi. Wyście ją stworzyli. A dla siebie i swoich kolesiów stworzyliście w Polsce enklawę bogactwa, nowej nomenklatury oraz bezkarnych przekrętów.

I dlatego polski wyborca, panie wice prezydencie Michnik, nigdy nie będzie na was głosował. Warto to sobie zapamiętać. Na zawsze.

Ostatnio Prezydent i Premier publicznie okazują sobie przyjaźń, ale wiadomo, że to tylko pozory. Trzymanie fasonu w obliczu spadających notowań rządu i SLD. Tak naprawdę za kulisami oficjalnego teatru politycznego odbywa się gra o władzę. Nie tylko o wpływy przy obecnym układzie politycznym, ale również z myślą o przyszłości.

Symptomem gry politycznej toczącej się między obecnym Premierem i Prezydentem jest wszystko to, co dzieje się wokół służb specjalnych. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że służby specjalne i wojsko odgrywają najważniejszą rolę w procesie przejmowania władzy, nie całkiem zgodnego z Konstytucją. trwa potyczka o to, kto będzie miał większy wpływ na służby specjalne - Miller czy Kwaśniewski. Większe wpływy osiągnie prezydencki Marek Dukaczewski (obecny szef Wojskowych Służb Informacyjnych) czy ludzie Premiera, do których Zbigniew Siemiątkowski, pełniący obowiązki szefa UOP, raz się zalicza, a raz nie.

Nie chcę być złym prorokiem, ale ów prezydencki sen może się spełnić... A wówczas wszystko będzie możliwe. W tej sytuacji pozycja Samoobrony jako niezależnej siły politycznej nabiera jeszcze większego znaczenia. Przyrzekam, że Samoobrona nie pozostanie obojętna i bierna wobec tej planowanej walki gigantów.

Michnikowi opłaca się przyjaźń z Kwaśniewskim nie tylko z powodów prestiżowych. Oto...quot;wiceprezydent" mówi w niemieckiej prasie, że kontroluje przeważającą część polskich mediów, a jego przyjaciel Bronek Geremek - politykę zagraniczną Polski. Oto na jesieni 2000 roku minister finansów przepchnął przez poprzedni Sejm nowelizację ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zwalniając od jego płacenia akcjonariuszy, którzy byli założycielami spółek giełdowych i którzy nabyli akcje przed dopuszczeniem ich do publicznego obrotu. Kto najbardziej skorzystał na tej ustawie, której Prezydent Kwaśniewski nigdy nie znowelizował? Agora S.A. - wydawca m. in. Gazety Wyborczej. Akcjonariusze Bujak Agory, m.in. tacy ludzie, jak Zbigniew Bujak czy Andrzej Wajda, a także wielu dziennikarzy Wyborczej, zarobili na tym interesie prawie 600 milionów złotych! 6 bilionów starych złotych!!! Ci sami dziennikarze, którzy na lamach swojej gazety pisali, że największym zagrożeniem dla budżetu są żądania płacowe emerytów, rencistów, rolników, nauczycieli, pielęgniarek oraz motłochu ustawiającego się w kolejce po zasiłek.

Panu Prezydentowi Kwaśniewskiemu nie przeszkadza jednak taki przyjaciel, który pozbawia państwo wpływów budżetowych w wysokości 600 milionów! A...quot;wiceprezydentowi"" Michnikowi nie przeszkadza, że pouczając innych na łaniach swojej gazety jak być dobrym Polakiem, sam załatwia dla siebie i przyjaciół uchwalenie przepisu pozwalającego unikać płacenia znacznych podatków do narodowego skarbca.

Kosztownym, choć całkiem niepotrzebnym, elementem w obecnym systemie władzy jest wyższa izba parlamentu, czyli Senat. Złośliwi mówią o niej...quot;izba dumania" albo...quot;izba refleksji". O tym, że Senat jest zbędny, a na jego likwidacji polska demokracja nie straci, mówili podczas kampanii wyborczej przedstawiciele SLD. Lecz gdy tylko zdobyli 75 ze 100 mandatów senatorskich, zamilkli i do tematu nie wracają. Warto im przypomnieć o tym, że obietnic przedwyborczych należy dotrzymywać, a więc czym prędzej rozwiązać Senat.

Przez 12 lat istnienia tej izby senatorzy obradowali zaledwie 532 dni, czyli niecałe 45 dni rocznie. Za pracę świadczoną jeden dzień w tygodniu senatorzy dostają kwoty kilkakrotnie przewyższające pensje policjantów. W Senacie pracuje dodatkowo prawie 300 osób, też przecież nie za darmo. W sumie polski podatnik musi wykładać na Senat prawie 70 milionów zł rocznie, co równa się kosztom utrzymania blisko 3 tysięcy policjantów -a tyle mówi się o poprawie bezpieczeństwa obywateli. Gdyby tę sumę pomnożyć przez 12 lat, wyszłoby, że izba dumania kosztowała państwo ok. 200 milionów dolarów. Najwyższy czas przerwać to wyrzucanie pieniędzy w błoto, zwłaszcza że dorobek legislacyjny Senatu jest mniej niż skromny. Senatorzy ograniczają się do poprawiania Sejmu (poprawki byłyby niepotrzebne, gdyby Sejm staranniej przygotowywał teksty ustaw) i do mającej wymiar symboliczny twórczości historyczno-narodowej w postaci uchwalania apeli, stanowisk, posłań i innych aktów mających wartość tylko sentymentalną.

Ponieważ Senat wymyślił ponoć w Magdalence czy przy Okrągłym Stole sam Aleksander Kwaśniewski, Samoobrona apeluje teraz do pomysłodawcy: Panie Prezydencie, niech Pan wystąpi o zlikwidowanie izby refleksji. Na pożytek państwa i obywateli. Jeśli Pan tego nie zrobi, zrobimy to sami.

Jednym z powodów napisania tej książki jest to, że Samoobrona nie ma gdzie przedstawiać swoich poglądów. Nie ma własnych tytułów prasowych, rozgłośni radiowych ani stacji telewizyjnych. Nawet jeśli tu i tam przebije się ze swoimi racjami, to zwykle są one wykoślawiane, przeinaczane, wyrywane z kontekstu. Kiedyś, gdy media interesowały się Samoobroną wyłącznie z okazji protestów bądź ich konsekwencji, czyli moich spraw sądowych, myślałem, że dzieje się tak dlatego, ponieważ nie bierzemy udziału w oficjalnym życiu politycznym, nie ma nas w parlamencie, rzadko bywamy we władzach samorządowych. Teraz już wiem, że bardzo dobry wynik wyborczy Samoobrony niczego nie zmienił. Może i jest więcej Leppera oraz Samoobrony w mediach, ale kontekst tej obecności uległ niewielkiej zmianie.

Wyolbrzymiam? Dopatruję się niechęci dziennikarzy tam, gdzie jej nie ma? Mamy przecież demokratyczne, pluralistyczne,niezależne media. Zlikwidowano cenzurę. Nie ma więc powodu, by ta akurat grupa zawodowa była zainteresowana w dokopywaniu Samoobronie i jej liderowi.

Z przemówienia w Sejmie 29 listopada 2001 r.:

Ulegliście wielkiej presji mediów, tak jest. Jak się mówi o konkretach, to większość dziennikarzy oczywiście nie słucha tego. Są bardzo porządni dziennikarze w Polsce, ale, niestety, większość prasy nie jest w rękach polskich. Rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne, też te komercyjne, w większości nie są w rękach polskich. I komu będzie zależeć na tym, żeby lansować polską rację stanu, Żeby pisać prawdę o tych, którzy są przeciwni tym przemianom? Bo źle jest, kiedy są tylko zwolennicy, zawsze jest lepiej, kiedy są dwie strony i kiedy dochodzi się do jakichś wspólnych ustaleń i rozstrzygnięć. I słuchacie takich dzienników, takich brukowców, jakim stalą się...quot;Rzeczpospolita". Sprawa jest w sądzie. Brukowiec, jak tu ktoś jest, tak, brukowiec, który pisze: Nic z tego, ten facet ma poczucie własnej siły, bo wie, że za nim stoją miliony chamów. Półtora miliona ludzi prawie, którzy oddali glosy na Samoobronę, to według...quot;Rzeczpospolitej" chamy. Wzburzyło to was? Nikogo. Po co? Półtora miliona chamów to dla was nic nie znaczy, bo jeszcze jest prawie 26 milionów wyborców niechamów. To tych chamów gdzie? Do komór, zagazować, wygonić. A jeszcze chamy teraz w Sejmie siedzą to już wam się w głowach nie mieści, ale zmieści się, zmieści się. Wielka dziennikarka straszy, że nie zaprosi do swojego programu. Prywatną telewizję ma. Brak jej profesjonalizmu. Nie tylko pani Olejnik jest w telewizji TVN.

Redaktor ...quot;Rzeczpospolitej", pan redaktor Rybicki. Nie wzruszyło was to, że to nie ja namawiam do mordu, do metod hitlerowskich, tylko jeden z dziennikarzy, pan Żakowski. W audycji wczoraj rano powiedzial, że Leppera, że takiego czlowieka, trzeba...quot;wpuścić do dolu z wapnem". Nie wiem, jaka jest jego przeszlość, czy ktoś z jego rodziny to robil, ale do dolu z wapnem wpuszczano ludzi, żeby się ich pozbyć. Tak, to są fakty, niczego tu nie zmyślam, bolesne, co prawda, ale f akty. Dziennikarze na was wymusili, panie i panowie poslowie, taką reakcję, że przez 7 dni o niczym
innym się nie mówi. Zaraz powiem śmiesznie: będziecie lodówkę otwierać i Lepper wam wyskoczy, tylko jedzcie, bo smaczny jestem i nie zatrujecie się.

Niebezpodstawnie mówi się, że media to czwarta władza. Prasa, radio i telewizja niewiele mogą politykowi pomóc (przykład stanowią politycy Unii Wolności, którym media były szczególnie przychylne, a mimo to ponieśli klęskę wyborczą), ale dużo mogą zaszkodzić. Media bowiem to część tego samego establishmentu, do którego należą politycy i biznesmeni. To ogniwo tego samego łańcucha przywilejów, zależności i układów osobistych oraz materialnych. Wiem, bo jestem poza tymi układami i nie zamierzam w nie wchodzić.

Żaden jednak polityk nie może sobie pozwolić na luksus działania zupełnie poza mediami. W Ameryce mówi się, że jeśli nie ma cię w telewizji, to znaczy, że w ogóle nie istniejesz. Jeśli jesteś właścicielem restauracji albo sprzedawcą samochodów, to jakoś się obejdziesz bez prasy, ale jeśli uprawiasz zawód polityka, to bez prasy pozostaniesz niemy. Polityka bowiem polega między innymi na nieustannym kontakcie społeczeństwa z jej przedstawicielami. Wolę, oczywiście, kontakt bezpośredni, dlatego staram się jeździć po Polsce i spotykać z ludźmi nie tylko podczas kampanii wyborczej. Ale nawet niezwykle aktywny polityk, choćby urządzał spotkania z wyborcami co drugi dzień, i cieszyłyby się one popularnością (ja nie narzekam), nie jest w stanie dotrzeć do setek tysięcy, a może i milionów ludzi. Taką możliwość stwarzają tylko środki masowego przekazu.

Dlatego nie obrażam się na media ani ich przedstawicieli. Choć wielu z nich mnie krzywdzi, zupełnie nie przejmując się zasadą bezstronności i obiektywizmu, to nie powtórzę za redaktor Moniką Olejnik, że moja noga więcej nie postanie w żadnym programie telewizyjnym czy radiowym.

Nie znaczy to jednak, że mam do prasy stosunek nabożny czy służalczy. Umiem trzeźwo ocenić prawdziwy profesjonalizm jednych dziennikarzy, a pozory profesjonalizmu lub zgoła brak zawodowstwa innych. Mam swoje sympatie i stać mnie na ich okazywanie. Jako polityk zależny tylko od swojego elektoratu mogę sobie jednak pozwolić na wyrażenie zdania o środowisku dziennikarskim oraz o polskim rynku mediów. Widzę w nim wiele niebezpieczeństw.

Przede wszystkim polskie media przestają być polskie. Nie mówię tego z pozycji niektórych skrajnie narodowych partii i organizacji, które dzielą media na polskie i polskojęzyczne. Niepokoi mnie przeważający udział kapitału zagranicznego w polskich mediach głównie z tego powodu, że właściciel - najczęściej międzynarodowy koncern - zainteresowany jest zyskiem, a nie służebnością prasy wobec czytelników, widzów i słuchaczy. Pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży artykułów i programów oraz z zamieszczanych reklam przesłaniają wydawcom, a więc i ich podwładnym - dziennikarzom, cel nadrzędny, który powinien przyświecać czwartej władzy pod każdą szerokością geograficzną. Ten cel to patrzenie władzy na ręce, informowanie, czasem bawienie i uczenie. Zachowywanie obiektywizmu. Liczenie się z dobrem kraju i jego obywateli.

Skupianie uwagi na zysku powoduje skutek, o którym jeszcze niedawno myślałem, że całkiem zniknął z praktyki życia społecznego w Polsce: cenzurę. Dziś nie jest to urzędowa, prymitywna i nachalna cenzura działająca w interesie partii rządzącej, ale cenzura na wskroś kapitalistyczna. Nawet najprężniejsze, najbogatsze tytuły prasowe unikają jak ognia negatywnego pisania o swoich klientach-reklamodawcach. Niedawno znajomy dziennikarz z jednego z dwóch największych dzienników opowiadał mi o związkach redakcji z wielkim koncernem komputerowym. Są to zarówno związki personalne (żony dwóch ważnych redaktorów pracują w koncernie), jak i finansowe. Po prostu ponadnarodowy koncern komputerowy zamieszcza w gazecie sporo wysoko płatnych ogłoszeń, sponsoruje imprezy redakcyjne, jest patronem konkursów, plebiscytów itp.

Podobnie - choć nie identycznie - dzieje się w relacjach między mediami a politykami. Czy kto słyszał, żeby redaktor Krzysztof Skowroński zaatakował kiedy polityka Unii Wolności? Albo żeby zlekceważył polityka SLD? Czy redaktor Monika Olejnik skrytykowała kiedyś Bronisława Geremka albo zganiła Jana Marię Rokitę? Czy TVN ujęła się za Januszem Cliffem Iwanowskim-Pineirem, gdy został on aresztowany za to, że ujawnił prawdę o finansowych machlojkach braci Kaczyńskich? Nie. I to nie dlatego, że redaktor Tomasz Lis, Tomasz Sekielski czy wspomniana już Monika Ołejnłk przepadają za Kaczyńskimi, ale dlatego, że Pineiro w swojej książce napisał źle o Mariuszu Walterze, jednym z właścicieli i założycieli TVN. A kto pamięta, że w Sejmie poprzedniej kadencji była cała grupa parlamentarzystów, która niezależnie od przynależności partyjnej tworzyła Partię Zygmunta Sol-orza? Jeden z posłów, Marek Markiewicz, prowadził nawet w Polsacie swój program autorski, nota beze krytykujący wpadki, gary i niezręczności dziennikarzy telewizyjnych.

Dziennikarze i pieniądze. Nie pamiętam już ile razy mówiono mi o korupcji wśród przedstawicieli mediów. Jest to albo korupcja, którą ja nazywam...quot;śmieciową" (zapraszani na konferencje prasowe i bankiety dziennikarze obdarowywani są firmowymi gadżetami, z których niektóre bywają kosztowne), albo zwykłe ordynarne przekupstwo. Redaktor popularnej gazety zbierał kiedyś materiały przeciwko amerykańskiemu koncernowi żywnościowemu, który zamierzał inwestować w Polsce. Dziennikarz zgłosił się do mnie, dostał mnóstwo materiałów o zagrożeniu ekologicznym powodowanym przez koncern w Stanach oraz w Europie, a potem napisał artykuł pełen zachwytów nad tym, że przybędzie jeszcze jeden...quot;poważny inwestor" tak dobry, iż wyłoży pieniądze na budowę fabryki w naszym kraju. Ani słowa o szkodliwości dla środowiska naturalnego, ani słowa o niszczeniu polskiego przemysłu przetwórczego, ani słowa o licznych sprawach sądowych wytaczanych koncernowi przez jego pracowników. Kilka tygodni temu dowiedziałem się, że autor artykułu pojechał do Ameryki na zaproszenie i koszt kierownictwa koncernu...

Zgadzam się z tym, żeby popularni dziennikarze zarabiali przyzwoite pieniądze, bo za dobrą pracę należy się dobra płaca. Ale przecież to, co się wyprawia w naszych mediach, przekracza ludzkie pojecie. Redaktor Olejnik może wybrzydzać i przebierać jak w ulęgałkach w gościach zapraszanych do swoich audycji, jeżeli zwierzchnicy płacą jej 3,5 tysiąca zł za jeden program telewizyjny. Za takie pieniądze ona może niejednego posła wynająć za kierowcę! W...quot;Kropce nad i" (TVN) pyskuje najczęściej nieprzygotowana, jedynie po porannej lekturze Gazety Wyborczej. Nie jest tajemnicą, że redaktor Skowroński odszedł z Radia Zet nie dlatego, że nie podobała mu się linia programowa stacji, lecz dlatego, że kierownictwo nie chciało płacić mu za jedną codzienną rozmowę w radiu tyle, ile miesięcznie zarabia pielęgniarka! Myślicie, że łatwo być obiektywnym dziennikarzem, zauważającym problemy społeczeństwa, jeśli tych problemów w ogóle się nie rozumie - taka przepaść materialna dzieli bowiem dziennikarzy od zwykłych ludzi.

Jeśli więc czytam, że niektórzy redaktorzy Gazety Wyborczej dostali akcje Agory o wartości setek tysięcy złotych, to nigdy nie uwierzę, że są oni zdolni do napisania prawdziwego reportażu z prowincji - takiego, jaki pisał kiedyś na przykład Józef Kuśmierek.

Związki polityki, biznesu i mediów tworzą niebezpieczną mieszankę. Najgorsze, że tworzy się zmowa milczenia na ten temat. Tak było na początku zmian w Polsce, tak jest i teraz.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji miała zrobić porządek w eterze i dbać o wypełnianie misji przez publiczne środki przekazu audiowizualnego. Stała się jednak posłusznym narzędziem w rękach polityków, a do tego wygodnym miejscem przeczekania po przegranych wyborach, czasową odskocznią albo synekurą dla politycznych emerytów.

Afery wokół KRRiT zaczęły się od samego początku - od rozdzielania koncesji telewizyjnych. Faworytem został Zygmunt Solorz. Nie miał żadnego doświadczenia (oprócz takiego, że oglądał telewizję), ale miał pieniądze. Nie do końca czyste - jak pisały gazety... A do tego kilka paszportów i udział w prawie gangsterskich aferach. Większość Rady - wówczas pod przewodnictwem wspomnianego już Markiewicza - uznała jednak, że albo Solorz, albo nikt. Rada nie protestowała, gdy kilka lat później Polsat przejął Naszą Telewizję, szybko przemianowaną na TV4. Członkowie KRRiT forowali dwie stacje radiowe - krakowskie RFM FM i warszawskie Radio Zet - a gdy już pozwolili im osiągnąć dominującą pozycję na rynku, zaczęli odbierać częstotliwości i zgodę na tzw. regionalne rozszycia reklamowe. Niezrozumiała jest też przychylność Rady dla Radia Maryja.

W czasie, gdy wydawca Gazety Wyborczej, spółka Agora, starała się o przejęcie regionalnych stacji radiowych, próżno było szukać publikacji krytycznych wobec KRRiT. Owszem, w Wyborczej krytykowano RMF FM i Radio Zet, czyli konkurencję rozgłośni Agory.

Byłem kiedyś świadkiem rozmowy, którą bez skrępowania prowadzili ze sobą dwaj wybitni politycy, jeden z katolickiej prawicy (wcześniej członek KRRiT), drugi z lewicy.
Lewica: - Nie wierzę, żebyście nic z tego nie mieli, przecież niektóre decyzje Rady były wyraźnie manipulowane. Ktoś musiał sporo wziąć. Ciekawe, dlaczego nikt go nie wysypał.

Prawica: - Mieliśmy różne zdania, ale decyzje zwykle podejmowaliśmy zgodnie.
Lewica: - I nie wiedzieliście, że ktoś bierze? Nie donieśliście na niego.
Prawica: - Nigdy na siebie nie donosiliśmy.
Lewica: - Czyli wszyscy musieliście brać! Solidarność wymusza dyskrecję.
Prawica: - Ja tego nie powiedziałem. Ale rzeczywiście, obowiązywała dyskrecja.
Ostatnio do grona gazet, które nie zostawiają na Samoobronie suchej nitki, dołączyła Trybuna. No, no, gratuluję odwagi. I bezczelności!

Pierwszym naczelnym redaktorem Trybuny został Marek Siwieć, następnie poseł lewicy, członek KRRiT, obecnie szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i minister w kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego. Za czasów Siwca Trybuna próbowała handlować magnetowidami sprowadzanymi do Polski przez spółkę Art B. Chociaż biznes nie wyszedł, to Siwieć znalazł posadę w wydawanym za pieniądze Bagsi-ka i Gąsiorowskiego tygodniku Monitor, a gdy i ta inicjatywa padła z powodów oczywistych (właściciele uciekli z Polski), dzisiejszy szef BBN został posłem.

Następnym szefem Trybuny stal się Dariusz Szymczycha, potem szef programów informacyjnych w Polsacie i TV4, teraz minister w kancelarii Kwaśniewskiego. Inwestorem spółki wydającej gazetę był Dariusz Przywieczerski, prezes Universalu, człowiek, któremu prokuratura postawiła zarzuty w sprawie FOZZ. Że też nie przeszkadzało to liderom lewicy, z którą utożsamiano i nadal się utożsamia Trybunę. W radzie nadzorczej Ad Novum - wydawcy gazety - znajdowali się wybitni działacze lewicy. Przewodniczącym rady był wówczas... Aleksander Kwaśniewski.
Nakład Trybuny leciał w dół, poczytność spadała, ale członkowie rady nadzorczej zarabiali równowartość kilku średnich pensji.

Media w Polsce: gazety (z wyjątkiem niektórych tytułów prasowych) a zwłaszcza telewizja - uprawiają coś na kształt dezinformacji. Najważniejszym problemem w Polsce jest bezrobocie; co media robią, aby pomóc bezrobotnym w znalezieniu pracy? Gdzie są edukacyjne programy telewizyjne, gdzie są porady w prasie? Pierwsze i ostatnie, do czego ograniczają się gazety, to publikowanie ogłoszeń z coraz mniej licznymi ofertami pracy. Ogłoszeń płatnych, na których wydawcy zarabiają.

W pogoni za sensacją i z ambicji politycznych rodzą się takie oto niecodzienne sytuacje jak ostatnio. W kopalni giną górnicy, a najważniejszym tematem poruszanym w mediach jest to, dlaczego Premier Miller wziął kredyt w banku należącym do Aleksandrą Gudzowatego. Gdy news dnia pominęła redakcja Wiadomości, rozerwał szaty członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji -Jarosław Sellin. Mówił o skandalu, powrocie cenzury itp. A ja mówię, że cenzurą i skandalem jest prześlizgiwanie się przez tragedię górników, a skupianie uwagi widzów, słuchaczy i czytelników na nic nie znaczącym incydencie, jakim jest kredyt Millera czy zatrzymanie przez UOP aferzystę Andrzeja Modrzejewskiego, byłego już na szczęście prezesa PKN Orlen.

W ślad za wiadomościami następuje tradycyjne bicie piany w telewizyjnych tzw. programach publicystycznych. Prowadzący je dziennikarze zapraszają do studiów sprawdzonych polityków, ciągle tych samych, i wspólnie dzielą włos na czworo, zastanawiając się, czy Premier miał prawo wziąć kredyt, dlaczego zaciągnął go u Gudzowatego, jak to wpłynie na podejmowanie decyzji... To przecież paranoja!
Najcelniejszym i jednocześnie najpopularniejszym hasłem wypisywanym na murach w czasie stanu wojennego było...quot;Telewizja kłamie!". Dziś wypada powtórzyć to hasło, chociaż cenzurę formalnie zniesiono już dawno temu. Obecnie telewizja i inne media stały się tak oderwane od społeczeństwa, że nie spełniają podstawowej funkcji czwartej władzy. Większość dziennikarzy świetnie się czuje w skórach sług wybranych polityków. Wygląda to tak, jak gdyby polityczni ulubieńcy mediów mieli w nich wyłącznie samych rzeczników prasowych.

Za każdym razem, gdy widzę sforę atakujących mnie dziennikarzy, proszę: - Szarpcie mnie, ale nie kłamcie.

Nic z tego - nadal kłamią. Z szarpania żyje w Polsce Jerzy Urban, z kłamstwa - przeważająca większość.

strona tytułowa następna strona

Newsletter

Podaj email jeśli jesteś zainteresowany otrzymywaniem informacji z serwisu www.samoobrona.org.pl
dodaj usuń
Akceptuję Regulamin

PROGRAM

GŁOS SAMOOBRONY


KONSTYTUCJA

STATYSTYKA
519.733 - ostatni rok
MAPA

SAMOOBRONA | POLEĆ NAS ZNAJOMYM | MAPA SERWISU | DODAJ DO ULUBIONYCH | KONTAKT | ENGLISH
ostatnia aktualizacja: 9.07.2008