|
BIEDNI, WYKOŃCZENI
Warszawa, 2002
Nawet
nie zauważyliśmy, kiedy obrazki ludzi żebrzących na ulicy stały się
dla wszystkich czymś zwyczajnym - elementem wpisanym na stałe w polski
krajobraz. Nie mówię tu o tych, którzy żerują na ludzkiej wrażliwości.
To zupełnie inna sprawa. Myślę o tych, dla których nędza stalą się
tak dotkliwa, że przełamała ludzki wstyd, poczucie godności i wiarę,
że przecież to niemożliwe, by państwo w centrum Europy pozwalało bezdusznie
swoim obywatelom umierać z głodu. A tak jest właśnie w Polsce po 12
latach rozwoju i świetlanych reform. Nie potrafię stopniować swoich
uczuć, ale wiem na pewno, że zaciskam pięści w bezsilnym gniewie,
widząc starych ludzi w wytartych paletkach, jak wyciągają ręce do
przepływającego obok nich tłumu. Zwróćcie kiedyś na nich uwagę - zauważycie,
że patrzą się w ziemię, a usta proszące o parę groszy poruszają się
bezgłośnie. Oni się wstydzą, że żebrzą, bo doprowadzono do tego, że
po wielu latach uczciwej pracy, żeby nie umrzeć z głodu, muszą zdać
się na ludzką łaskę. Anonimowy tłum mija ich prawie ich nie zauważając,
tylko czasem ktoś wsunie im w dłoń monetę i odchodzi zawstydzony prawie
tak samo jak ci starcy. Ale nie dostrzegają ich na pewno ci, którzy
dostrzec powinni. Nie widzi Balcerowicz, nie widzą oficjale rządowi,
bo za szybko przemykają w swoich luksusowych limuzynach po ulicach,
żeby zauważyć do czego doprowadzili społeczeństwo. Ja jestem ze zwykłymi
ludźmi niemal codziennie, bo nie ograniczam swoich spotkań jedynie
do potrzeb kampanii wyborczej. Obiecałem, że będę w Sejmie, by walczyć
o ich interesy, więc słowa dotrzymuję. Widzę, co się dzieje - nie
tylko w wielkich miastach, dotykam ludzkiego nieszczęścia także na
wsiach i w małych miasteczkach. To, co widzę, przeraża. Polska bieda
ma twarz zwykłego człowieka, pragnącego jedynie poczucia bezpieczeństwa
dla siebie i swoich bliskich.
Bardzo
rzadko polskie ubóstwo wynika z nieszczęśliwego wypadku i rzadko,
bardzo rzadko, jest ubóstwem zawinionym przez człowieka. W 80 procentach
korzenie nędzy w naszym kraju sięgają bezrobocia, głodowych wynagrodzeń
i niespotykanego nigdzie indziej w Europie rozwarstwienia dochodów.
Co
gorsza, nie widzę w najbliższej przyszłości szans na zmianę tego stanu
rzeczy, jeżeli polska polityka gospodarcza będzie kontynuowana pod
dyktando liberalnych ekonomistów.
60
procent polskiego społeczeństwa żyje dzisiaj na poziomie minimum socjalnego,
a co dziesiąty Polak znajduje się poniżej minimum biologicznego. Przepraszam,
pomyliłem się. Użyłem tu, jak nasi wielcy ekonomiści, naukowego terminu
...quot;minimum socjalne". To nic nie znaczące słowa, które w gruncie
rzeczy służyć mają zamazaniu faktycznego stanu rzeczy. Minimum socjalne
brzmi tak niewinnie - nie oznacza przecież nic innego, jak tylko taką
wysokość dochodów, za którą można przeżyć - z trudem, ale jakoś można.
Oświadczam, że to kłamstwo. Minimum socjalne w Polsce to 765 złotych
i niech mi nikt nie wmawia, że za to można przeżyć miesiąc na skromnym
poziomie. To mniej niż nic. A na czteroosobową (2+2) rodzinę takie,
wyliczone przez oderwanych zupełnie od ziemi naukowców, minimum to
1600 złotych. I za tę kwotę ma przeżyć rodzina, a dwoje dzieci ma
nie tylko rosnąć i być zdrowe, ale jeszcze oczekuje się, że rodzice
wychowają je na uczciwych, zadowolonych zżycia obywateli? Ciekawe,
jak to sobie wyobrażają autorzy obliczeń.
Ale
nawet takie głodowe ochłapy to dla wielu nieosiągalne szczyty marzeń.
70 procent polskich rolników nie osiąga minimum socjalnego, 56 procent
rencistów i aż połowa czynnych zawodowo i mających zatrudnienie. Ta
ostatnia liczba odbiera mowę z wściekłości. Cóż warte są te wszystkie
zmiany w Polsce, wyrzeczenia, jeśli ich rezultat jest taki, że ludzie
nie mogą wyżyć z pracy własnych rąk? Ach, prawda - przecież każdy
może wziąć swój los we własne ręce, każdy może zostać kapitalistą
i prowadzić własny interes. I ty możesz zostać Balcerowiczem, chciałoby
się rzec. To jedno z haseł wypisanych na sztandarze liberałów, którym
powiewali, kiedy rozpoczynali swoje reformy. Jak wszystko, także i
to okazało się oszustwem - niemal 40 procent polskich rzemieślników:
szewców, ślusarzy, krawców, kupców żyje w ubóstwie, a 5 procent nie
osiąga minimum socjalnego. Tyle im przyszło z tego, że wzięli sprawy
we własne ręce. Zaduszeni podatkami, zasypywani idiotycznymi papierami
z ZUS, formularzami z Izby Skarbowej, wciąż drżący na myśl o kolejnym
kretyńskim przepisie uchwalonym przez ministra finansów, nie rozwijają
się jak w innych krajach świata. Oni wegetują. Im żaden bank nie da
kredytu. A nawet jeśli da, to narzuci takie odsetki, które wykończą
nawet najodporniejszych. Wystarczy tylko małe opóźnienie w spłacaniu
lichwiarskich odsetek od kredytu, a zaraz pojawiają się pisma, komornik,
sąd. Pozbawią człowieka wszystkiego, bo ma trudności w spłacaniu 20-ty-sięcznego
kredytu. Banki działają wobec polskich rzemieślników bezwzględnie
i skutecznie. Zlicytują do ostatniego grosika. Bankowi urzędnicy są
nieugięci, nawet jeśli swoimi decyzjami pozbawiają środków do życia
człowieka utrzymującego się z pracy własnych rąk i jego rodzinę. Ale
kiedy trzeba ściągać wielomilionowe zaległości z wielkich firm, zalegających
ze spłacaniem miliardowych kredytów, wtedy okazują się bardzo łaskawi,
prolongują spłatę raty, umarzają część długu. Wielcy dogadają się
zawsze. Szary człowiek nie ma żadnych szans. Zlicytowani, doprowadzeni
do bankructwa zasilają więc szeregi bezrobotnych. Dołączają do coraz
liczniejszej rzeszy polskich nędzarzy.
I
tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości
boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach,
udając człowieka" (Marszałek Józef Piłsudski).
Najpiękniejszym moim wspomnieniem jest, jak prawie wszystkich Polaków,
wspomnienie Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Bywało różnie, ale
święta zawsze były ciepłe, rodzinne i syte. Teraz tylko 5 milionów
Polaków (na 16 milionów pracujących) urządza normalne święta, czyli
z suto zastawionym stołem, choinką i prezentami, choćby skromnymi,
dla najbliższych. Dla reszty najbardziej polskie ze świąt to kolejna
okazja do uświadomienia sobie, jak bardzo upokorzyła ich bieda.
Co
piąta polska rodzina nie płaci regularnie czynszu i innych opłat mieszkaniowo-socjalnych,
a takich rodzin będzie więcej, bo wydatki na mieszkanie stanowią 25-30
procent całości budżetów domowych i wciąż rosną, o 5-10 procent rocznie.
Zastanawiam się, co zrobią rządzący, gdy takich rodzin będzie 70 procent.
Co wtedy zrobicie tym ludziom? Wszystkich wyrzucicie na bruk, zabierzecie
im dach nad głową? A może będziecie ich trzymać w jakichś specjalnie
w tym celu zbudowanych obozach? Tylko skąd wtedy weźmiecie tych bogatych,
żeby zamieszkali w opuszczonych mieszkaniach i płacili czynsze? Będziecie
importować?
Bieda
odbiera swoim ofiarom godność, poczucie własnej wartości. Gotowi są
na wszelkie wyrzeczenia, byle tylko mieć jakikolwiek zarobek. Kasjerki
w supermarketach są zatrudniane na 7/8 etatu i nie otrzymują nawet
minimalnej płacy -760 złotych. I jakby tego nie było dość, to jeszcze
pracują w bydlęcych warunkach, sprowadzone nieledwie do roli tresowanych
małp, pilnowane przez wyszkolonych nadzorców. Nie mają prawa do potrzeb
fizjologicznych, nie mogą się skarżyć na gorsze samopoczucie w trudne
dla kobiet dni, bo jako niezadowolone mogą w każdej chwili zostać
wyrzucone na bruk. Obmacywane przez strażników, poniewierane psychicznie
przez szefów, godzą się na to, byle tylko przynieść do domu tych parę
groszy i móc przygotować swoim dzieciom choć trochę lepszy obiad.
W
województwie warmińsko-mazurskim nie jest rzadkością zatrudnianie
w zamian za wyżywienie dla pracownika i jego rodziny i za wynagrodzenie
miesięczne 200-250 złotych. To oczywiście ewidentne łamanie prawa,
ale kto ma się na to skarżyć? Człowiek pracujący za te ochłapy? Lepiej
mieć coś niż nic, a za bramą
czeka już cała kolejka chętnych do pracy, nawet za takie grosze. Dla
nich płaca minimalna to nieosiągalne szczyty marzeń.
A
pamiętać trzeba, że płaca minimalna - 766 złotych to nie jest faktyczny
dochód netto. Polscy nędzarze tak naprawdę na rękę dostają 559 złotych
po potrącenia podatków, bo im się odejmuje podatki na ten ogromny
aparat darmozjadów w ministerstwach, rządowych, prezydenckich pałacach
i rezydencjach.,
Nie
jestem więc zdziwiony informacjami, że co dziesiąty Polak kupuje przeterminowaną
i wycofaną z handlu w supermarketach żywność - nie dlatego przecież,
że jest roztargniony i nie spojrzał na datę przydatności do spożycia,
tylko dlatego, że jest ona po prostu tańsza, co trzeci człowiek na
wsi i w małych miasteczkach kupuje jedzenie na kredyt. Widzieliście
te zeszyty w małych wiejskich sklepikach, w których właściciel zapisuje,
kto i co wziął na kredyt? Ja widziałem. Tam, na wymiętych kartkach
można przeczytać wszystko: łzy i rozpacz, że dzieci pójdą do szkoły
znowu głodne, a także bezsilny gniew zdesperowanych ludzi, którzy
znaleźli się w upokarzającej dla nich sytuacji. Myślę, że Balcerowicz
kiedyś powinien przejrzeć taki zeszyt. Niechby go nawet prze-kartkował,
może wtedy zrozumiałby, że nie można mierzyć osiągnięć ekonomicznych
suchymi wskaźnikami, za którymi nie dostrzega się prostego człowieka.
Ale boję się, że to tylko moje pobożne życzenia. Przecież wiem, że
on nigdy nie weźmie do ręki zeszytu, w którym zapisuje się...quot;na
krechę". To go nie obchodzi, woli spotykać się z bogatymi ludźmi,
dyskutować z biznesmenami z najwyższej półki. Od nich nie usłyszy
przynajmniej pytania^...quot;Za co mam nakarmić moje dziecko?".
Nikt nie zakłóci mu spokoju. To nieważne, że dochody wzrosły w zaledwie
5-procentowej grupie polskiego społeczeństwa, a spadły 80-procentowej,
to nieistotne, że dochody z pracy w rolnictwie przez ostatnie lata
spadły o 40 procent - ważne, iż w tym samym czasie dochody kadry menedżerskiej
wzrosły o 50-60 procent.
Od
2000 roku co trzecia osoba z powodu braku pieniędzy nie wykupuje leków,
rezygnuje z wizyt u dentysty, nie używa żadnych kosmetyków poza najtańszym
mydłem. Co piąty Polak rezygnuje z leczenia szpitalnego, podobno bezpłatnego.
Kiedy zacznie się to odbijać na zdrowiu całego społeczeństwa i następnych
pokoleń? Będziemy społeczeństwem chorym i rachitycznym. I tępym -
70 procent Polaków oszczędza na kulturze. Tyle samo ogranicza wydatki
na żywność, 40 procent jest zadłużone u rodziny i przyjaciół, co drugi
rodak nie jeździ na wakacje. Co trzecia para małżeńska rozpoczyna
wspólne życie kątem u rodziny, bez szans na własne mieszkanie - często
już na zasiłku dla bezrobotnych. Liberalna polityka i jej piewcy,
z Balcerowiczem na czele, spowodowali, że Polaków rodzi się coraz
mniej. Jeszcze w 1990 roku na 1000 osób w Polsce przypadało 140 urodzeń,
dzisiaj ten wskaźnik spadł do zaledwie 9. Nawet nie można powiedzieć,
że lepiej kraść, bo więziennictwo też jest w zapaści, jego długi wynoszą
50 milionów zł.
Polacy
coraz częściej wybierają więc emigrację na stałe albo tylko do pracy
- na czarno oczywiście, bo Unia ma swoich bezrobotnych. Poziom emigracji
zarobkowej jest obecnie taki sam jak w łatach 70., tylko, że w latach
70. pieniądze przywiezione z Zachodu wystarczały na samochód albo
mieszkanie. Dziś wystarczają zaledwie na przeżycie kilku miesięcy
na lepszym poziomie, niż oferuje to wysokość polskich zasiłków dla
bezrobotnych.
Bieda
idzie przez nasz kraj szeroką ławą, zagarniając pod siebie coraz to
nowe zastępy ludzi. W rytm jej pochodu pracodawcy krzyczą głośno,
że trzeba koniecznie zmienić zapisy kodeksu pracy, a wtedy bezrobocie
spadnie, jak ręką odjął. Wtedy już całkiem bezkarnie będą mogli traktować
ludzi jak mierzwę. Jak ktoś chce, niech wierzy, że wielki finansista
będzie dbał o prawa zatrudnionych u niego ludzi kosztem swojego zysku.
Ja w takie mrzonki nie wierzę. Można byłoby choć częściowo rozwiązać
problem bezrobocia, dając ludziom możliwość ujęcia inicjatywy w swoje
ręce, ale nie, coraz częściej zamyka się targowiska i bazary. Robią
to urzędnicy miejscy w towarzystwie policji i antyterrorystów. Na
własny naród wysyłają siły zbrojne, żeby pozbawić go warsztatu pracy
i zabrać możliwość utrzymania.
Bieda
zatacza coraz szersze kręgi, społeczeństwo się dzieli. Nie tylko z
powodu różnicy zarobków zaczyna być ono po- dzielone nienawiścią.
Rozpiętość między najwyższym a najniższym uposażeniem jest jak l do
1000 i jest najwyższa w Europie. W Niemczech wynagrodzenie prezydenta
jest 5 razy wyższe niż wynagrodzenie nauczyciela, kanclerza tylko
3,5 razy wyższe, w Polsce prezydent zarabia 15 razy więcej niż nauczyciel,
premier -12 razy. Nie wspominam już o zarobkach członków rad nadzorczych
spółek Skarbu Państwa. To musi budzić emocje. I budzi.
Pytam
- kiedy to wszystko dostrzeże Balcerowicz i jego koledzy, członkowie
Rady Polityki Pieniężnej, kolejni ministrowie finansów, ślepo realizujący
liberalną politykę w Polsce? Czego im jeszcze trzeba, żeby zrozumieli,
że brną w ślepy zaułek? Czy naprawdę trzeba niekontrolowanego wybuchu
społecznego niezadowolenia i gniewu, żeby do nich dotarło, że postawiono
ich u władzy po to, by ludziom służyć, a nie ich okradać?
Polsce
potrzebny jest raport o stanie i rozmiarach polskiej biedy. Polsce
potrzebny jest program szybkiego wychodzenia z ubóstwa. Komu i czemu
służą polskie rezerwy dolarowe? Jest ich dużo. A sytuacja nadzwyczajna,
potrzebne są zatem nadzwyczajne działania.
strona tytułowa                                         
następna strona
 drukuj
|